I was at a Bach concert. It consoled, purified and strengthened me.

Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sense from nonsense. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sense from nonsense. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 grudnia 2011

Sense From Nonsense - Invocation of Light


Po więcej: tu i tu.
Oraz warto przypomnieć sobie SIDS.

Tak. Ja wiem, że święta. Że to. Tamto. I jak niektórzy mówią - sramto. Oraz - sro. Okładka taka niekoniecznie świąteczna. No i nie ta okazja. Wielkanoc kiedy indziej. Ukrzyżowanie św. Piotra też w innym terminie. Ale, jak to mawia mój przyjaciel zza oceanu, es muss sein. I tyle.

Tym razem Sense From Nonsense nie kreuje swoistej schizofreni instrumentalnej. Pan twórca poszedł w zupełnie inną stronę... Okołoambientowego wycia. Która uważam za odtrutkę na aktualną parszywą rzeczywistość. Można się wyciszyć przy mrocznym... Nawet nie wiem, jak to nazwać.
Popatrzcie na okładkę i sami wyczujcie klimat tego nagrania.

Ciekawe jest zestawienie wcześniejszej twórczości SFN z tym dziełem. Nie znam (jeszcze, to kwestia czasu) procesów, które wydarzyły się w międzyczasie, że tego typu materiał ujrzał światło dzienne. Choć właściwiej - światło nocy. Mogę się domyślać, że pod instrumentalną żywiołowością i swoistą zaciętością z poprzednich dokonań ukrywało się coś bardzo nieprzyjemnego. Może poprzednie dokonania były rodzajem terapi, która miała pomóc w związku z tym niepokojem egzystencjalnym?

Nie wiem. Nazwa zespołu jest tu chyba najlepszą odpowiedzią.
A od siebie, tak na święta, mogę dodać - traktujcie to jako kolędę.


Tracklist:

01 ß-Ç+ݤä̤߯ç¤ü+¦¤â¤ä+¬¤é

INVOCATION OF LIGHT

niedziela, 16 października 2011

Soinoise vol. 2: SIDS


Od paru dni na Soinseries dostępne jest już moje dziecko. Martwe dziecko. Jakkolwiek to brzmi. I o dziwo ma się dobrze. Żyję z niektórymi tymi piosenkami już od siedmiu miesięcy i jeszcze mnie nie męczą, więc wierzę, że to kawał poważnej muzyki, której warto poświęcić trochę czasu.

Nie będę nic pisać o procesie twórczym, śmiesznych historiach, które się wydarzyły podczas układania całości, itd. Kawał czasu żyłem z tym albumem i traktuję go bardzo osobiście. Na swój sposób odbieram go jako koncept. Ale chyba cały mój projekt ma taki kształt, nie?

Wszystko w tym wypadku krąży wokół dźwięków żywych i ich imitacji. Zależało mi, by pokazać jak najwięcej różnych form podejścia do problemu brzmienia, kompozycji i prezentacji dźwięku. Wydaje się, że cel ten został osiągnięty.

Największą zabawą było, oczywiście, ustalanie kolejności utworów. Były różne koncepcje i problemy. Nie będę wskazywał winowajców, ale od zawsze wiedziałem, jak będzie brzmieć początek, dwa pierwsze utwory. Opinie są takie, że jest to rozpoczęcie najbardziej słuszne z możliwych.

Pojawia się też dziwne odczucie, które podpowiada, że nie jest to typowa składanka. Przynajmniej taką mam nadzieję. Że osobowość zbieracza (dobre określenie), tzn. moja, pełni rolą dominującą na każdym etapie. Pewne wyjaśnienie - można pozbierać masę utworów, upakować je obok siebie i gdzieś zatracić przekaz swój, stać się anonimowy. A tu jednak zrobiłem sporo, by tak się nie stało. Np. ograniczając się (znowu) do jedenastu kompozycji, tworząc wyraźną całość (historię bliżej nieokreślonego człowieka, od cesarskiego cięcia), komentarze, etc.

Oddaję więc w wasze ręce te dźwięki. Mam nadzieję, że odkrycie w nich coś dla siebie, że będziecie do nich wracać i jednak będziecie ciekawi, jak zaprezentuje się trzecia część. Na pewno ujawni się szybciej niż za siedem miesięcy...



Tracklist:

01 Untitled Piece for Kantele #1 - Salakapakka Sound System
02 Flowers of Romance (PiL cover) - Pineal Eye
03 Przepis na Naleśniki - Social Cream
04 Bux - Gamid Group
05 Laughing Pig - Sense From Nonsense
06 Krimsun und Klover (Tommy James & The Shondell cover) - Count Brent von Himmel & the Ziopin Choir
07 Perpetual Motion Holder - Pythian Whispers
08 Kshatriya - Indo
09 Divine Times - Merkabah
10 Traffic - Limited Liability Sounds
11 Le Matin des Magiciens - The Day of the Antler


niedziela, 22 maja 2011

Sense From Nonsense - Four Humors


Kolejna nieposkromiona dawka szaleństwa. Chyba nawet lepsza niż w przypadku albumu wcześniej tu prezentowanego...


Niewątpliwie siłą tego wydawnictwa jest jego spójność i - że tak się wyrażę - wielka treść w niewielkim czasie.
Te zaledwie (jakieś) dwanaście minut przenosi do zupełnie innego świata, do którego klucze ludzie mają tylko ludzie o otwartych umysłach. Tacy, którzy w każdym przejawie życia (zwykłego, nawet miernego bytowania) potrafią znaleźć coś pięknego (lub sztukę). Mało tego, może wszystkie dźwięki, które nas otaczają są muzyką? Ale my (tzn. szarzy ludzie) mamy problem z wyłapaniem tego, bo uszy nie takie, słuch na pewno nie absolutny i przyzwyczajenia dość upokarzające...

Rzadko zdarza mi się wyróżniać pojedyncze utwory, staram się każdy album (i pochodne) traktować jako skończoną całość. Ale w tym wypadku muszę wspomnieć o ostatnim - "blood" - obcując z nim mam wrażenie, że dotykam czegoś trudnego do nazwania, istniejącego gdzieś między niczym nie skrępowanym szaleństwem a pierwotną radością z życia i z tworzenia (ew. 'kombinowania').

Tak, naprawdę napisałem, że nasze codziennie przyzwyczajenia słuchowe są upokarzające...
I to nagranie mnie w tym utwierdza.


Tracklist:

01 yelow bile
02 black bile
03 phlegm
04 blood

FOUR HUMORS

niedziela, 17 kwietnia 2011

Sense From Nonsense - An Experiment In Mischmasch


W ramach nowych odkryć, wprowadzania świeżego powietrza w me skromne progi, itd., prezentuję bardzo dziwny twór - prosto z Denver w stanie Kolorado - Sense From Nonsense.

I już na wstępie mogę powiedzieć, że dawno nie słyszałem tak szalonej dawki muzyki lub hałasu.
Stało się to przez przypadek - to chyba przeznaczenie. Na pewno daje mi to do myślenia...

Rozejrzyjcie się po pokoju i zrozumcie, że każdy przedmiot w zasięgu waszego wzroku jest potencjalnym narzędziem twórczym. Wystarczy chcieć. Wystarczy myśleć. Wystarczy być szalonym. I właśnie z czymś takim mamy tutaj do czynienia. Co nie znaczy, że brakuje zwykłego instrumentarium. Jest, oczywiście, że jest, ale... Na swój sposób zdewaluowane.

Nazwa tego tworu, jednoosobowego projektu, oddaje filozofię twórczą.
A filozofia ta ma solidne podstawy, od muzyki klasycznej, po muzykę jak najbardziej popularną. I ja to słyszę, i ja to czuję, i ja to rozumiem, i ja doceniam tę wrażliwość. A jeśli dorzucić do tego Zorna, japoński Bordoms czy szalony duet Renaldo and the Loaf... Mamy mieszankę naprawdę smakowitą.

I nie wiedzieć czemu, po tym wszystkim do głowy przychodzi mi cytat z samego Kafki:

Nie dążę do osiągnięcia kontroli nad sobą. Samokontrola to pragnienie wywierania wpływu na przypadkowe miejsce nieskończonego promieniowania mojej egzystencji duchowej. Jeżeli jednak zmuszony jestem zataczać takie kręgi wokół siebie, czynię to w bezruchu wywołanym przez osłupienie, biorące się z monstrualnego kompleksu. I tylko wsparcie, jakie ten obraz e contrario daje, zabieram ze sobą do domu.
F. Kafka, Aforyzmy z Zürau, przekł. A. Szlosarek, Kraków 2007, s. 43.

Cóż więcej mogę dodać?
Nawet jeśli nie jesteś koneserem - spróbuj. Najdłuższy utwór ma nieco ponad dwie minuty, więc powinieneś sobie jakoś poradzić...


Tracklist:

01 failure of the red truck
02 blue syrup
03 battery powered yellow
04 green sprocket and the sterile bee
05 orange powder and the psychedelic tongue
06 grey ego

AN EXPERIMENT IN MISCHMASCH