I was at a Bach concert. It consoled, purified and strengthened me.

Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2012

P. Emerson Williams - Salome


Historia roztańczonej Salome powinna być wszystkim dobrze znana. W sumie nie straciła nic ze swojej siły - rozciągnięta jest gdzieś między świętością a pożądaniem, duchowością a cielesnością, itd. Nie będę się jednak wdawać we własne rozważania wokół tej historii. Ustępuję miejsca kompozytorowi, który dołączył do tego nagrania obszerny tekst, w którym zawiera swoją interpretację.

Nie trzeba jednak znać biblijnej historii, by zauważyć, że album jest jakąś historią, opowieścią. Każdy kolejny utwór jest jej częściej. Właściwie coraz bardziej tragiczną. Dźwięki więc, bez wyraźnie ukazanego tańca (zawsze tej kluczowej części historii Salome - warto mieć na uwadze film Saury, który w moim mniemaniu jest jednym z ciekawszych przedstawień tej historii), chociaż jest on obecny, prowadzą nas po zawiłościach świata dawnego. I mrocznych ludzkich popędów.

P. Emerson Williams nie ucieka w oczywisty klimat orientu, ale udaje mu się uchwycić jakiegoś ducha dawności. I uniwersalności. W okołoambientową otoczkę ubiera ducha tych postaci i tworzy czasami zaskakujące kreacje. Te, które ukazują ludzką wiarę, skupienie modlitewne mają w sobie coś niepokojące czy wręcz zimnego, obcego. Sfera ciała jest znacznie bliższa, delikatniejsza i bardziej pociągająca.

Ciekawe są momenty przełomowe, rada matki, życzenie i zakończenie, które łączy dwa światy w tej dziwnej, bądź co bądź, miłosnej historii. Pożądanie poniekąd się spełniło i to w sposób, który moim zdaniem zadowala wszystkie strony. Paradoksalnie.


Tracklist:

01 salome
02 the moon
03 jealousy
04 the feast
05 the prophet in his cell
06 desire
07 her mother's advice
08 salome's wish
09 realization
10 longing
11 night
12 seven veils
13 final hours
14 the kiss

SALOME

piątek, 30 grudnia 2011

Genus Inkasso - Occasionally Slumping, Smiling Weakly


Tak. Pozostańmy przy tym.

Jeden z tych albumów, o których nie potrafię długo pisać. Sięgając po informacje zawarte powyżej, mamy tu do czynienia z: dark ambient, abstract, noise, post-modern. I tak, i nie. Ale w sumie można na podstawie tego spróbować oddać charakter tego grania opartego na najlepszym przyjacielu człowieka, czyli komputerze. Wspominam elektronikę dlatego, że to ona stanowi tutaj kręgosłup całego grania. Wszystkie 'ludzkie' dodatki wydają się być dodatkowym smaczkiem.

Martwi mnie okładka...

Ale jednocześnie żyję w przeczuciu, że ten album ma znamiona czegoś bardzo dobrego. Może nawet miejscami wybitnego. Niech i tak będzie. Słucham go cały czas od paru dni i nie znudził mnie jeszcze. Przyjemnie się do niego wraca, gdyż nie jest też strasznie ekspansywny. Jest również idealnym tłem do ponurego życia, w którym tylko czasami zdarzają się przejaśnienia.

No, ale co ja będę pieprzyć na starym roku. Sami posłuchajcie.


Tracklist:

01 the galvanizing effect of knowing the difference
02 like party favours unravelling
03 immense sluice of effluence
04 marshal his being to culture
05 a tested difficulty of saying anything
06 black site confessional
07 abdomen of bees
08 an obstacle course of tan corpses

OCCASIONALLY SLUMPING, SMILING WEAKLY

sobota, 24 grudnia 2011

Sense From Nonsense - Invocation of Light


Po więcej: tu i tu.
Oraz warto przypomnieć sobie SIDS.

Tak. Ja wiem, że święta. Że to. Tamto. I jak niektórzy mówią - sramto. Oraz - sro. Okładka taka niekoniecznie świąteczna. No i nie ta okazja. Wielkanoc kiedy indziej. Ukrzyżowanie św. Piotra też w innym terminie. Ale, jak to mawia mój przyjaciel zza oceanu, es muss sein. I tyle.

Tym razem Sense From Nonsense nie kreuje swoistej schizofreni instrumentalnej. Pan twórca poszedł w zupełnie inną stronę... Okołoambientowego wycia. Która uważam za odtrutkę na aktualną parszywą rzeczywistość. Można się wyciszyć przy mrocznym... Nawet nie wiem, jak to nazwać.
Popatrzcie na okładkę i sami wyczujcie klimat tego nagrania.

Ciekawe jest zestawienie wcześniejszej twórczości SFN z tym dziełem. Nie znam (jeszcze, to kwestia czasu) procesów, które wydarzyły się w międzyczasie, że tego typu materiał ujrzał światło dzienne. Choć właściwiej - światło nocy. Mogę się domyślać, że pod instrumentalną żywiołowością i swoistą zaciętością z poprzednich dokonań ukrywało się coś bardzo nieprzyjemnego. Może poprzednie dokonania były rodzajem terapi, która miała pomóc w związku z tym niepokojem egzystencjalnym?

Nie wiem. Nazwa zespołu jest tu chyba najlepszą odpowiedzią.
A od siebie, tak na święta, mogę dodać - traktujcie to jako kolędę.


Tracklist:

01 ß-Ç+ݤä̤߯ç¤ü+¦¤â¤ä+¬¤é

INVOCATION OF LIGHT

wtorek, 20 grudnia 2011

Areyfu - Amethyst [ep]



Powraca (o ile w ogóle odchodził) jeden z moich faworytów produkujących niewielkie noiseowe formy. Powraca (niech będzie) wydawnictwem niewielkim, zaledwie epką króciutką, ale... jakże mięsistą i jednocześnie słodką.

Te cztery kompozycje, ale... Tak naprawdę dwie noiseowe rzeźnie, które w muzykę Areyfu wprowadziły nutkę...smutku. Tak. Jest tu jakieś uczucie. Jakieś wrażenie. Niepokój. Tęsknota, która jednak nie wyklucza całkiem tragicznych dźwięków. Z pewną dozą przestrzeni, wyciszenia, które też przecież też można uznać za jedną z form otaczającego nas hałasu. I dwa klimatyczne, okołoambientowe przerywniki.

Widzę w tym rozwiązaniu pewien koncept. W końcu po pierwszym trzyminutowym szaleństwie słuchać (nawet chyba niezbyt wyrobiony) nie musi łapać oddechu. A nawet dwóch całkiem podobnych pod rząd. Ciekawe.

Dziękuję za tę miniaturę. Chapeau bas.


Trakclist:

01 empty shell
02 II
03 III
04 voices in the hull

AMETHYST

piątek, 16 grudnia 2011

Álfheimr - Predatory Nature


Tu nieco więcej. I jeszcze tam.

Raczej nie umieszczam na blogu takiego grania. Z wyraźnymi postrockowymi naleciałościami, ale coś mnie urzekło na tym albumie. Podobno na dodatek jest to modne. Wiele osób tego słucha i zespołów tego typu coraz więcej. Niech więc będzie. Nie muszę wszystkiego rozumieć ani czuć.

Dwa utwory, które gdzieś w mojej percepcji łączą się w jeden, subtelny i relatywnie delikatny pejzaż. Całość efemeryczna i choć miejscami niezbyt pewna siebie, to potrafi za sobą pociągnąć słuchacza. Napięcie wzrasta, opada, znów wzrasta, powtórnie zostaje wyciszone - tak płynie ten album w sposób całkiem sprawny.

Może warto głos oddać samemu twórcy, niech powie, jak zapatruje się na swoją muzykę:

To me, music is about capturing vague or faint emotions in the hammering of drums or the swelling of violins; it's about conjuring feelings of nostalgia in the humming of an old casio keyboard, or overbearing feelings of futility in a distant, fading voice.

Dziękuję za uwagę. Polecam. Odprężcie się przy tych dźwiękach.


Tracklist:

01 predatory nature
02 mostly knives

PREDATORY NATURE

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Insomnia - Shadows and Mists


Wszelkich zainteresowanych odsyłam tu.

Czekałem na nowy album łódzkiego duetu Insomnia. O panach pisałem już wielokrotnie na łamach blogu i mam nadzieję pisać jeszcze. Poprzedni krążek tego projektu przyjąłem bardzo pozytywnie. Places tworzyło pewną przestrzeń wspomnień-marzeń. Może też nadziei. Jednak podskórnie czaił się zawsze jakiś niepokój. Może obawa lub uraz. Wydaje mi się, że ten dualizm patronuje też nowej płycie. Zresztą sam tytuł wydaje się znamienny...

Muzycznie jest to dzieło bardziej świadome. Powiedziałbym, że pewniejsze siebie i swoich poczynań. Niekiedy z premedytacją wchodzące na pewnej grząskie grunty, ale wychodzące zawsze obronną ręką.

Zastanawiające są słowa Twórców dołączone w formie swoistego listu do płyty:

Główną inspiracją dla naszych nowych muzycznych pomysłów było stare, nieme kino początków ubiegłego wieku. (...) Konkretnie chodzi o to, że w większości widzowie dopasowaliby do filmów Murnaua czy Christensena ambientowe ścieżki dźwiękowe i zamknęliby wszystko w jedno-liniowej, mrocznej formie.

Muzycy postanowili poszukać innego rozwiązania dla tej odwiecznej (bo co jakiś czas wraca) kwestii. Nie dokonali jednak szalonej rewolucji wobec tego stereotypowego postrzegania, nie uciekli całkowicie do przeciwnego narożnika, gotowi do zaciętego 15rundowego pojedynku. Raczej z wrodzoną sobie sympatią i empatią zasugerowali inne rozwiązania w kręgu muzyki elektronicznej i eksperymentalnej.
A jeśli (znów dualizm) zestawić to z naturą zaprezentowaną na okładce, z naturą, z którą nieodmiennie kojarzy mi się muzyka łódzkiego duetu... Można zaznać przyjemnego zawrotu głowy.

O tym albumie będę jeszcze pisać. Na razie to tyle z mojej strony.
Gorąco polecam, gdyż jest to kojąca, przyjemna i nieco bajeczna wycieczka w krainę cieni i mgły.


Tracklist:

01 shadows and mists
02 hurt this much
03 retirement
04 spiky rays
05 empire
06 doubt in the content

SHADOWS AND MISTS

piątek, 2 grudnia 2011

Pregnant Spore - Harmonious Salmon Hearts


Najważniejszy jest tu fb...

Coś ostatnio tkwię w nastroju, który może okazać się w każdej chwili nieprzyjemny dla otoczenia. Myślałem, że uda mi się to rozładować tym materiałem, czyli kolejną formą dekonstrukcji dźwięki, ale nie do końca się udało. Owszem, materiał jest dobry i bardzo bezkompromisowy. Dzieje się w nim wiele. Ale... Sprawił, że mam ochotę wyjść i komuś przypierdolić. W jakimś sensie można to uznać za ciekawy objaw obcowania z muzyką noise.
Jeden z wielu objawów.

Jest to więc album intensywny i zazdrosny. Pochłania uwagę słuchacza, wymusza ją wręcz.
I dobrze.


Tracklist:

01 darn it! jolly scum
02 satan drape
03 snot grass pt. 1
04 vitamin f
05 snot grass pt. 2

HARMONIOUS SALMON HEARTS

poniedziałek, 28 listopada 2011

The Day of the Antler - With Power


Witamy zebranych wszystkich. Oto kolejny materiał (jeszcze gorący) jednego z naszych klasyków. The Day of the Antler, bo o nim mowa, zaczyna od coveru, który ciężko rozpoznać, a dalej wchodzi w...

Po kolei. Albo i nie.
Czy tylko mi się kojarzy ta okładka z tymi wszelkimi ostrzeżeniami na paczkach papierosów? Nie. To dobrze. To ostrzeżenie nie jest bezzasadne. Materiał ten może uszkodzić słuchacza i to nieodwracalnie. Już dawno nie słyszałem tak wynaturzonych dźwięków, struktur zdegradowanych całkowicie i... ciszy. Ulotnej, niepewnej, ale koniecznej przy odbiorze tych dziwnych rzeczy.

Sam twórca zastanawia się, czy te dźwięki nie są najbardziej harsh ze wszystkich, które powołał do życia. To myślenie jest słuszne. Jeszcze dla zasady podajmy parę znaczeń tego wyrazu - szorstki, ostry, chrapliwy, chropawy, kwaśny, ostry, cierpki, niemiły...
Wszystkie pasują doskonale.

Materiał głównie za znawców tematu. Chociaż inni również mile widziany. W końcu muzyka musi być wyzwaniem, a skok na głęboką wodę wcale nie musi być czymś tak strasznym.


Tracklist:

01 kill with power
02 convulsions (for three microphones) specimen 1
03 silence I
04 convulsions (for three microphones) specimen 2
05 silence II
06 convulsions (for three microphones) specimen 3
07 silence III
08 the last desperate attempt to exit
09 silence IV

WITH POWER

środa, 23 listopada 2011

Zehel - La tía Tera visita al Grillo


Pojawia się idea ciszy. Skojarzona z milczeniem... Daje nam... Kurzą stopę. Okropieństwo. Tak czy inaczej z jakichś powodów tak się dzieje. I nie chcę w tej chwili w to wnikać.
[Może tylko wspomnę, że chodzi o kraj hiszpańskojęzyczny nie z naszego kontynentu.]

Znaczną część młodości spędziłem słuchając muzyki poważnej. A że też w pewnym momencie zacząłem dużo czytać, więc... Musiałem ściszyć nieco muzykę. Osobną kwestią jest tu Satie, ale nie będę wchodził teraz w teoretyczne kwestie i szczegóły. Po tym ściszeniu znaczna część dźwięków gdzieś mi umykała, domyślałem się co subtelniejszych fragmentów. W sumie przyzwyczaiłem się do takiego odbioru. Potem z przyjemnością odkrywałem na nowo dany utwór. I często przekonywałem się, że w tych cichych, mniej charakterystycznych lub rozpoznawalnych fragmentach, też ukryte jest jakieś piękno.

Nie spodziewałem się, że wrócę do tego sposobu odbioru na łamach. Ale oto płyta, która... Gloryfikuje ciszę. I nie mówię tu o ambiencie ani o długich pauzach. Można uznać, że... Muzyka (różnorodna dość, eklektyczna i całkiem ciekawa) jest tłem dla ciszy. Brzmi paradoksalnie, ale w niczym to nie przeszkadza. Przynajmniej nie mi.

Innymi słowy - znajdziecie tu wszystko. Ale pierwsze skrzypce należą do ciszy. I zastanówcie się, czy na pewno chcecie poznać każdy dźwięk. Możecie tego uniknąć. Tajemnica podobno zawsze dobrze się sprzedaje. I gdzieniegdzie nadal jest mile widziana.


Tracklist:

01 parte I
02 parte II
03 parte III
04 parte IV
05 parte V
06 parte VI

LA TIA TERA VISITA AL GRILLO

środa, 9 listopada 2011

Peopling - Peopling


Odsyłam tym razem wyłącznie do bandcamp.

Peopling. Zaludnianie. Jakkolwiek to rozumieć. Czynność niezbyt przyjemna, choć może objawiać się również jako ekscytująca. Od szarości do koloru? Poniekąd historia tego opowiedzenia jest w tytułach. Nie wiem... Nie będę na razie analizować okładki. W ostatnim czasie niekoniecznie wychodzi mi to najlepiej.

Tak czy inaczej prezentowany teraz materiał to ciekawa, jak na mój gust, syntetyczna (wytrych wyraz) mieszanka. Z odrobiną hałasu, tradycyjnego instrumentarium, industrialu czerpanego z wzorców średnio-młodszego pokolenia... A przede wszystkim to bardzo sympatyczne i wpadające w ucho utwory podszyte przyjemną melodią.

Jak przystało na typową epkę - materiał wchłania się szybko i bez problemów. A tych dźwięków chce się słuchać, więc raz za razem, za razem znów raz włączam i daję się ponieść tym kompozycjom podszytym na pewno sporą dawką humoru.
Z pewnością będę oczekiwać na więcej. Liczę, że z tym projektem spotkamy się jeszcze nieraz. Dodajmy jeszcze - jest w tym Brooklyn. Znaczy twórca pochodzi stamtąd. Ciekawie się więc prezentuje nasze skodyfikowane wyobrażenie tamtego miejsca z tymi dźwiękami.


Tracklist:

01 come home eccentric
02 regprog
03 fiji
04 summer such and such
05 middle vanessa yeast
06 meetings

PEOPLING

niedziela, 6 listopada 2011

John 3:16 - Sinners in the Hands of an Angry God


Zwyczajowy początek, by obadać co i jak: facebook, bandcamp, soundcloud, blogspot...

Nazwa zespołu odsyła nas do pewnego biblijnego fragmentu:

For God so loved the world that he gave his one and only Son,
[a] that whoever believes in him shall not perish but have eternal life.

Czyli jest religijnie i poważnie. Tytuły piosenek zresztą mówią same za siebie.
Muzycznie jest eklektycznie, ale na swój sposób spójnie. Dużo przestrzeni, trochę hałasu, trochę różnych instrumentalnych pasaży, drone i ambient, inspiracje bardziej przyziemne. Nie do końca mrocznie, z raczej pozytywnym przesłaniem. Słucha się tego albumu (raczej chyba epki) sympatycznie.

Nie znacie żadnego szwajcarskiego zespołu niezależnego? Proszę bardzo. Faktycznie coś jest z tym mówieniem o zegarkach, itd.


Tracklist:

01 earthly father
02 in the name of the lord
03 obey god
04 redemption
05 sinners in the hands of an angry god

SINNERS IN THE HANDS OF AN ANGRY GOD

czwartek, 3 listopada 2011

# 07 - Salakapakka Sound System

Bardzo dobra nazwa albumu. Wyśmienita okładka. Jeszcze lepsze dźwięki w środku. Od pierwszej minuty do ostatniej. SSS w najlepszym wydaniu i na dodatek...mój absolutny faworyt pod tym szyldem. Spodziewałem się czegoś mocnego, świeżego, kopiącego po wszystkich częściach ciała, ale to wydawnictwo przerosło moje oczekiwania. I chwała za to Twórcy.
Otwierający całość utwór z początku zaniepokoił mnie, że coś dzieje się złego z moim sprzętem 'odsłuchowym'. Albo ze mną samym. Te posiatkowane dźwięki atakują bezpośrednio i niewybrednie przyzwyczajenia słuchacza. Uważam się za wyrobionego zawodnika w dziwnych dźwiękach, lecz tutaj potrzebowałem chwili, by ogarnąć, co się dzieje. Przełamać jakieś tandetne przyzwyczajenia i zrozumieć, z czym mam do czynienia. Jeśli miałbym przyrównać to do jakiegoś określenia smakowego... - ta rewolucja jest wytrawna. Odbieram to jako swoiste oczyszczenie umysłu i ostrzeżenie przed pozostałymi trzema utworami. Moment, w którym warto dostroić się do innej (brutalnej) percepcji. Dalsze działania tego albumu (dwanaście i po dziewiętnaście minuty) to wyrafinowany hałas. Noise w formie dojrzałej, przestrzennej, zrytmizowanej i też wyrwanej z objęć matematyki. Muzyczne kolosy, które przytłoczą sobą całe otoczenie. Biorą słuchacza w niewolę. Mnie na pewno wzięły... I za każdym razem odkrywam w nich coś nowego.
Czy można bardziej pochwalić jakiś album?

Jeśli chcecie zdobyć ten materiał... Tzn. nie macie wyjścia, musicie zamówić, to zajrzyjcie na stronę SSS, tam będziecie mieli wszelkie informacje. Dokładnie rzecz biorąc tu. Łatwo się dogadacie z szefem.

poniedziałek, 31 października 2011

Swim Ignorant Fire - Last Days


Z tradycji zadość - myspace, bandcamp, blogspot, facebook.

I przypominam, że o SIF pisałem już tu i tam.

Tak... No... Słuchanie tego albumu, znając jako-tako poprzedniego dokonania było dla mnie zaskoczeniem. Trzeba zapomnieć o nieco piskliwej i eklektycznej elektronice (jakkolwiek to brzmi) i poddać się zupełnie innym przejawom muzycznym.

Album ten jest bardzo melancholijny, może miejscami smutny, a jednocześnie przesiąknięty jakąś podskórną nadzieją. Bo jeśli mowa o końcu ludzkości, to musi być też w tym coś pozytywnego. Gitara i subtelne elektroniczne tła wzajemnie się równoważą. Raz dominuje jedno, zaraz potem drugie. Partie tworzące rozmyte pasaże, a niedługo później pojawiają się ciekawie zrytmizowane. Dzieje się tu sporo i to sporo przeciwstawnych rzeczy, które zamiast się zwalczać, tworzą sympatyczną, zamkniętą konstrukcję. Uzupełniają się, gdzieś tam wtapiają w siebie i wydają się być zupełnie logiczne, jakby żadnego antagonizmu nie było. Zresztą o podobnej zdolności pisałem już przypadku jednego z poprzednich albumów tego zespołu.

Całość stopniowo płynie przed siebie, sprawiając, że słuchacz (na pewno ja) nie chce w czasie trwania tej muzyki podejmować jakichkolwiek działań. Czemu? Bo czuje, że obcuje z czymś wyjątkowym, czymś opartym na prawdziwych emocjach. I niech tak pozostanie.


Tracklist:

01 last days of man
02 easy as breathing
03 {3}
04 fructose
05 a man of men
06 i'm all better
07 man made abomination

LAST DAYS

środa, 26 października 2011

Echo Beds - An Agonist Revision of a Futilist Lament


Klasycznie adresy - facebook, bandcamp, soundcloud...

Mocny muzyczny front w Denver zaczyna zarysowywać się w mojej wyobraźni. To w sumie ciekawe, bo nigdy nie miałem większych przemyśleń odnośnie tego miasta, nie kojarzyło mi się specjalnie z niczym, takie ładne, niewielkie, gdzieś na pustkowiu, a jednak... Po Sense From Nonsens przyszła kolej na Echo Beds, które poniekąd związane jest ze wspomnianym projektem.

Album ten jest...cholernie niepokojący. Od pierwszych do ostatnich dźwięków jest w nim coś złego albo dokładniej - złowrogiego. Słuchając go, czułem się jakbym oglądał jakiś horror. Trochę poddenerwowany, spięty, bo napięcie można kroić już nożem i za chwilę coś może wyskoczyć zza rogu. Niby człowiek się nie boi, ale wolałby uniknąć czegoś takiego... I okazuje się, że nie jest potrzebny do tego obraz. Suspens można doświadczyć też w ten sposób.
Końcówka całości wydaje się zresztą potwierdzać te moje filmowe podejrzenia.

Eksperymenty. Nie-do-końca-ambientowe-przestrzenie. Miejsca, które przywołują chociażby Einstürzende Neubauten z debiutującego okresu. I przede wszystkim hałas, rozumiany w sposób nienachalny.

Zostawiam więc was z tym materiałem. I zalecam słuchanie nocą. Najlepiej głośno.


Tracklist:

01 implications of an A B conversation
02 this Blood is relative
03 in order to form a more perfect union

AN AGONIST REVISION OF A FUTILIST LAME

sobota, 24 września 2011

Subterrestrial - We Live Inside


Czytajcie, a wiedza będzie wam dana: myspace, lastfm, soundcloud, archive... I oczywiście blogspot, gdzie znajdziecie sporo rzeczy, nie tylko muzykę tej grupy.

Kim jest zespół?
Subterrestrial is a dark ambient/experimental music project from the San Francisco Bay Area. Subterrestrial explores hollow earth and esoteric themes, unexplainable phenomenon and the mysteries of the universe using a variety of experimental musical styles as a vehicle. Subterrestrial has released a number of creative commons netaudio albums on various netlabels, as well as physical releases and compilation appearances.

Jaka jest idea tego albumu?
The second installment of Subterrestrial's series of hollow earth themed albums, "We Live Inside" is inspired by 19th century Utopian mystic Cyrus Reed Teed and his principle of "Cellular Cosmogony" or concave earth. Teed believed that the earth was not only hollow, but that we live on the inside surface. Subterrestrial channels atmospheric drone doom sounds for this outing.

Wszystko z grubsza jak powyżej. Subtererrestrial nie kłamał raczej. Dodałbym jeszcze, że całość poważnie nawiązuje do drone, ale tylko w sferze formalnej. Można też odnaleźć pewne nawiązania do innych gatunków. Ale duchowo jest to materiał, który wyrósł (chyba) na post-rocku, chociaż nie odczuwa się tego aż tak nachalnie. A, i oczywiście na progresywnym graniu.

Daje to wszystko ciekawą, alchemiczną mieszankę, która wciąga. Ta muzyka z pewnością ma to w sobie. Wydaje mi się, że zespół jest na tyle młody, że jeszcze nie ukazał w pełni swoich możliwości... Ale to kwestia czasu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze Subterrestrial może być liczącą się nazwą na scenie alternatywnej.
Z pewnością jeszcze o nich napiszę.


Tracklist:

01 the cellular cosmogony
02 seven mercurial disks
03 the 24 year cycle
04 in the hollow of his hand
05 a gently oscillating ocean of magnetic and spiritual ecstasy
06 invisible sun
07 beyond the 17 layers, a void

WE LIVE INSIDE

niedziela, 18 września 2011

Indo - Running Program From Earth


Garść różnych stron, które przybliżą nam tę enigmatyczną postać: myspace, soundcloud i...domowa.

Dotykając tego materiału, jak wskazuje tytuł, należy odkryć w sobie pokłady sympatii dla matki ziemi. Tak, tej ziemi, z której wyrastamy i która nas żywi. Oczywiście, człowiek myśląc o naturze wyobraża sobie drzewa, krzaczki, kwiatki i ptaszki, które sobie niefrasobliwie 'ćwierdolą'. Wszelkie idee ratowania naszej planety oparte są właśnie na tych ładnych, zielonych i niebieskich widoczkach, a nie robakach, które ugrzęzły dawno temu pod ziemią.

Do rzeczy.
Ten album to różne formy hołdów złożonych naturze. Całość ma wysoce podejrzaną konstrukcję (pierwszy utwór ponad 20 minut, reszta nieco krótsza, ale też robi wrażenie). To nieco nieortodoksyjne podejście do tematu w mojej ocenie niczemu nie przeszkadza. Gdzieś w umyśle słuchacza uzupełnia się i... W ogóle czas przestaje istnieć. To chyba największa zaleta, jaką można zaprezentować na temat jakiejkolwiek muzyki.

Próbując gatunkowo jakoś określić to nagranie, pójdę na łatwiznę i wkleję, co podał twórca w pliku informacyjnym: ambient, ethnic, tribal, drone.
Co ciekawe, oddając się tym dźwiękom w ogóle nie myślę o konkretnym gatunku. Chcę się oddać dźwiękom, które ukazują autorską wizję natury i sposobu na jej kochanie.


Traclist:

01 running program from earth 01
02 running program from earth 02
03 running program from earth 03
04 running program from earth 04
05 running program from earth 05
06 running program from earth 06

RUNNING PROGRAM FROM EARTH

czwartek, 15 września 2011

Salakapakka Sound System - Drunk for Three Weeks


Pijaństwo, alkoholizm, nieumiarkowanie w piciu, żłopanie... Pospolite chlanie.
Jeśli ktoś nie zna tych dziwnych stanów (ciągów), to nie wiem, po co czyta te słowa.

Picie nie jest zawsze wesołą czynnością. Można nucić idąc do baru, śmiać się, być w ogólnie dobrej kondycji psycho-fizycznej. Jednak w pewnym momencie to picie zamienia się w wyniszczający rytuał. Dźwięki, które na początku w naszej głowie uważaliśmy za ciekawe melodie i układały się w przyjazne fanaberie, zamieniają się w dość wyniszczający hałas, zgrzyt, jazgot, buczenie - zależy od aktualnego położenia głowy.

Pewną formą tego upojenia jest właśnie ten mini-album SSS. Chociaż w nim rytuał upajania się przybiera dziwną formę konkursu, w przerwach którego należy ogarnąć walące się wszędzie butelki. Ta niezbyt przyjemna czynność oddziaływuje negatywnie na umysł pijącego. Zapobiec można temu tylko dalej pijąc... Człowiek jednak już nie jest taki sam.
Ostatni tydzień to absolutna dezintegracja osoby. Jakby każdy element składowy człowieka odpadał w inną stronę.

Najbardziej przerażającą rzeczą w tym albumie jest... Jego dostępność. Można wpaść w ciąg (zug) i już z niego nie wyjść. W tej muzycznej perspektywie wydaje się to w końcu cholernie przyjemne.


Tracklist:

01 first week
02 second week
03 third week
04 the end

DRUNK FOR THREE WEEKS

czwartek, 8 września 2011

Count Brent von Himmel & the Ziopin Choir - Ye Owned Thait Hull World


Kolejna odsłona spod znaku Counta Brenta. I można rzec, że tradycyjnie jestem zachwycony.

Tym razem paranoiczna orkiestra w dużej mierze prowadzi nas po obszarach kompozycji potencjalnych. Przynajmniej tak to na chwilę obecną nazywam.
Album ten składa się ze znacznej liczby przerywników - chociaż w pewnym momencie granica między 'przeszkadzajką' a właściwym utworem ulega zamazaniu.

Całość wydaje się 'wznosić', a tym punktem szczytowym jest przecudowny, marszowy 'that wind we were in' (rzadko wyróżniam pojedyncze utwory, ale nie mogłem się tu oprzeć). Jest to prawdziwa perełka tej płyty. Zresztą Count już przyzwyczaił słuchaczy, że wśród bardzo równych i ciekawych kompozycji jedna musi się znacznie wybijać.

Gdy słucham tych dźwięków, przypominam sobie słowa hiszpańskiego metafizyka-egzystencjalisty (chrześcijańskiego), który nazywał się Miguel de Unamuno:

Centralnym elementem naszej osoby jest poczucie tragiczności.

I Count z pewnością to czuje. A my mamy okazję usłyszeć.


Tracklist:

01 gyanánt
02 óta
03 alattam
04 the wavy parade
05 túl
06 that wind we were in
07 körül
08 dzsungel bunsz
09 belül
10 keresztül
11 as for the animals

YE OWNED THAIT HULL WORLD

czwartek, 25 sierpnia 2011

# 05 - LLS

Dobrze się dzieje, kiedy można taką rzecz wrzucić do odtwarzacza. Bardzo mnie ucieszyła przesyłka i od paru dni relaksuję się przy tych dźwiękach. O albumie pisałem już wcześniej. Podtrzymuję moją pozytywną ocenę i tylko przypomnę jeszcze, że materiał słuchany z płytki zawsze brzmi jakoś...dostojniej.
Minus Clangor jest mrocznym dziełem, który prześlizguje się między różnymi kategoriami muzycznymi. Ciężko tak naprawdę jednoznacznie stwierdzić, z czym mamy do czynienia. Ale fakt ten dodaje tylko pikanterii. Wszystko na tej płycie dzieje się gdzieś w ramach noiseu, ambientu i tzw. muzyki eksperymentalnej, w której pochodzenie (i wykorzystanie) niektórych dźwięków może przyjemnie zaskoczyć. Różnorodność utworów i dekonstrukcja dźwięków zostały zaprezentowane w wyjątkowo zmyślnie. Widać, że jest to materiał głęboko przemyślany i na swój sposób natchniony.

Zajrzyjcie na stronę Nihil Art Rec. I dalej poszukajcie LLS.
Zamówcie koniecznie.
Nie krępujcie się. Dokonać tego możecie TU.

piątek, 12 sierpnia 2011

MatthewVlach. - Reinvention


Nie podaję żadnych namiarów, trochę z zemsty. Oczywiście, cała sympatia zachowana. Dlaczego z zemsty? Pod koniec wyjaśnię.

MathewVlach. to wokalista jakiegoś gitarowego, głośnego, skocznego zespołu gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Na tyle skocznego i typowego, że raczej nie wchodzi on w ramy tego bloga. Trzeba dodać, że to też człowiek bardzo, bardzo młody.
Jeśli dobrze pamiętam ten materiał jest jego drugim solowym wydawnictwem. Może do pierwszego kiedyś wrócę.

Jest to prosta przyjemna muzyka. Gitara akustyczna i trochę śpiewu. W jednym miejscu trochę pianinka. Utwory króciutkie. Przyjemny odpoczynek po ciężkich dźwiękach, które często się tu przewijają. Jednocześnie jest to w jakiś sposób podejrzanie świeże. I pod koniec robi się nawet-nawet ciekawie. Może trza było to bardziej pociągnąć... Bardziej poszaleć. Wyjść z tej konwencji. Pamiętam, co sam kiedyś wyczyniałem z samą gitarą akustyczną... Stare dzieje.
Może stąd ta moja sympatia do tego materiału?

Wielkich rewolucji nie ma. I być nie mogło. Ale czy to zarzut, jeśli na chwilę można powspominać i się uśmiechnąć? Liczę, że to się ładnie rozwinie.

A zły jestem, bo próbowałem nawiązać kontakt z panem Matthew i niespecjalnie mi się to udało. Namierzyłem go w sieci i jego właściwą kapelę, ale ukrywają się tak, jakby byli już wielkimi gwiazdami. No, ale trzeba się cenić. Ha, i szanować.


Trakclist:

01 a proper introduction
02 i find it hard to say
03 such small hands.
04 so cliche
05 reinvention
06 if i died right now-

REINVENTION