I was at a Bach concert. It consoled, purified and strengthened me.

Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #el world. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #el world. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2012

P. Emerson Williams - Salome


Historia roztańczonej Salome powinna być wszystkim dobrze znana. W sumie nie straciła nic ze swojej siły - rozciągnięta jest gdzieś między świętością a pożądaniem, duchowością a cielesnością, itd. Nie będę się jednak wdawać we własne rozważania wokół tej historii. Ustępuję miejsca kompozytorowi, który dołączył do tego nagrania obszerny tekst, w którym zawiera swoją interpretację.

Nie trzeba jednak znać biblijnej historii, by zauważyć, że album jest jakąś historią, opowieścią. Każdy kolejny utwór jest jej częściej. Właściwie coraz bardziej tragiczną. Dźwięki więc, bez wyraźnie ukazanego tańca (zawsze tej kluczowej części historii Salome - warto mieć na uwadze film Saury, który w moim mniemaniu jest jednym z ciekawszych przedstawień tej historii), chociaż jest on obecny, prowadzą nas po zawiłościach świata dawnego. I mrocznych ludzkich popędów.

P. Emerson Williams nie ucieka w oczywisty klimat orientu, ale udaje mu się uchwycić jakiegoś ducha dawności. I uniwersalności. W okołoambientową otoczkę ubiera ducha tych postaci i tworzy czasami zaskakujące kreacje. Te, które ukazują ludzką wiarę, skupienie modlitewne mają w sobie coś niepokojące czy wręcz zimnego, obcego. Sfera ciała jest znacznie bliższa, delikatniejsza i bardziej pociągająca.

Ciekawe są momenty przełomowe, rada matki, życzenie i zakończenie, które łączy dwa światy w tej dziwnej, bądź co bądź, miłosnej historii. Pożądanie poniekąd się spełniło i to w sposób, który moim zdaniem zadowala wszystkie strony. Paradoksalnie.


Tracklist:

01 salome
02 the moon
03 jealousy
04 the feast
05 the prophet in his cell
06 desire
07 her mother's advice
08 salome's wish
09 realization
10 longing
11 night
12 seven veils
13 final hours
14 the kiss

SALOME

piątek, 30 grudnia 2011

Genus Inkasso - Occasionally Slumping, Smiling Weakly


Tak. Pozostańmy przy tym.

Jeden z tych albumów, o których nie potrafię długo pisać. Sięgając po informacje zawarte powyżej, mamy tu do czynienia z: dark ambient, abstract, noise, post-modern. I tak, i nie. Ale w sumie można na podstawie tego spróbować oddać charakter tego grania opartego na najlepszym przyjacielu człowieka, czyli komputerze. Wspominam elektronikę dlatego, że to ona stanowi tutaj kręgosłup całego grania. Wszystkie 'ludzkie' dodatki wydają się być dodatkowym smaczkiem.

Martwi mnie okładka...

Ale jednocześnie żyję w przeczuciu, że ten album ma znamiona czegoś bardzo dobrego. Może nawet miejscami wybitnego. Niech i tak będzie. Słucham go cały czas od paru dni i nie znudził mnie jeszcze. Przyjemnie się do niego wraca, gdyż nie jest też strasznie ekspansywny. Jest również idealnym tłem do ponurego życia, w którym tylko czasami zdarzają się przejaśnienia.

No, ale co ja będę pieprzyć na starym roku. Sami posłuchajcie.


Tracklist:

01 the galvanizing effect of knowing the difference
02 like party favours unravelling
03 immense sluice of effluence
04 marshal his being to culture
05 a tested difficulty of saying anything
06 black site confessional
07 abdomen of bees
08 an obstacle course of tan corpses

OCCASIONALLY SLUMPING, SMILING WEAKLY

sobota, 24 grudnia 2011

Sense From Nonsense - Invocation of Light


Po więcej: tu i tu.
Oraz warto przypomnieć sobie SIDS.

Tak. Ja wiem, że święta. Że to. Tamto. I jak niektórzy mówią - sramto. Oraz - sro. Okładka taka niekoniecznie świąteczna. No i nie ta okazja. Wielkanoc kiedy indziej. Ukrzyżowanie św. Piotra też w innym terminie. Ale, jak to mawia mój przyjaciel zza oceanu, es muss sein. I tyle.

Tym razem Sense From Nonsense nie kreuje swoistej schizofreni instrumentalnej. Pan twórca poszedł w zupełnie inną stronę... Okołoambientowego wycia. Która uważam za odtrutkę na aktualną parszywą rzeczywistość. Można się wyciszyć przy mrocznym... Nawet nie wiem, jak to nazwać.
Popatrzcie na okładkę i sami wyczujcie klimat tego nagrania.

Ciekawe jest zestawienie wcześniejszej twórczości SFN z tym dziełem. Nie znam (jeszcze, to kwestia czasu) procesów, które wydarzyły się w międzyczasie, że tego typu materiał ujrzał światło dzienne. Choć właściwiej - światło nocy. Mogę się domyślać, że pod instrumentalną żywiołowością i swoistą zaciętością z poprzednich dokonań ukrywało się coś bardzo nieprzyjemnego. Może poprzednie dokonania były rodzajem terapi, która miała pomóc w związku z tym niepokojem egzystencjalnym?

Nie wiem. Nazwa zespołu jest tu chyba najlepszą odpowiedzią.
A od siebie, tak na święta, mogę dodać - traktujcie to jako kolędę.


Tracklist:

01 ß-Ç+ݤä̤߯ç¤ü+¦¤â¤ä+¬¤é

INVOCATION OF LIGHT

wtorek, 20 grudnia 2011

Areyfu - Amethyst [ep]



Powraca (o ile w ogóle odchodził) jeden z moich faworytów produkujących niewielkie noiseowe formy. Powraca (niech będzie) wydawnictwem niewielkim, zaledwie epką króciutką, ale... jakże mięsistą i jednocześnie słodką.

Te cztery kompozycje, ale... Tak naprawdę dwie noiseowe rzeźnie, które w muzykę Areyfu wprowadziły nutkę...smutku. Tak. Jest tu jakieś uczucie. Jakieś wrażenie. Niepokój. Tęsknota, która jednak nie wyklucza całkiem tragicznych dźwięków. Z pewną dozą przestrzeni, wyciszenia, które też przecież też można uznać za jedną z form otaczającego nas hałasu. I dwa klimatyczne, okołoambientowe przerywniki.

Widzę w tym rozwiązaniu pewien koncept. W końcu po pierwszym trzyminutowym szaleństwie słuchać (nawet chyba niezbyt wyrobiony) nie musi łapać oddechu. A nawet dwóch całkiem podobnych pod rząd. Ciekawe.

Dziękuję za tę miniaturę. Chapeau bas.


Trakclist:

01 empty shell
02 II
03 III
04 voices in the hull

AMETHYST

piątek, 16 grudnia 2011

Álfheimr - Predatory Nature


Tu nieco więcej. I jeszcze tam.

Raczej nie umieszczam na blogu takiego grania. Z wyraźnymi postrockowymi naleciałościami, ale coś mnie urzekło na tym albumie. Podobno na dodatek jest to modne. Wiele osób tego słucha i zespołów tego typu coraz więcej. Niech więc będzie. Nie muszę wszystkiego rozumieć ani czuć.

Dwa utwory, które gdzieś w mojej percepcji łączą się w jeden, subtelny i relatywnie delikatny pejzaż. Całość efemeryczna i choć miejscami niezbyt pewna siebie, to potrafi za sobą pociągnąć słuchacza. Napięcie wzrasta, opada, znów wzrasta, powtórnie zostaje wyciszone - tak płynie ten album w sposób całkiem sprawny.

Może warto głos oddać samemu twórcy, niech powie, jak zapatruje się na swoją muzykę:

To me, music is about capturing vague or faint emotions in the hammering of drums or the swelling of violins; it's about conjuring feelings of nostalgia in the humming of an old casio keyboard, or overbearing feelings of futility in a distant, fading voice.

Dziękuję za uwagę. Polecam. Odprężcie się przy tych dźwiękach.


Tracklist:

01 predatory nature
02 mostly knives

PREDATORY NATURE

wtorek, 6 grudnia 2011

Apropos - of Bewilderment & Things Left Unsaid


Pozostańmy przy jednym odsyłaczu.

Mógłbym się gapić na tę okładkę godzinami. Co dziwnym jest w moim przypadku, kiedy wszelkie rzeczy cywilizacyjne (w relatywnie nowym, od modernistycznego okresu) mnie nudzą i męczą wręcz. A tu... dziwna odmiana. To tak, jakby ktoś na chwilę kazał mi się zatrzymać, rozejrzeć się i uświadomić sobie, że natura też może się tu objawić. Zapomnij na chwilę o brudzie, przyjrzyj się temu w pewnym idealnym (duchowym) stanie i zrozum, że natura też się tu objawia. Gdzieś jeśli się przyjrzysz zobaczysz błękit nieba.

Natura się dopasowuje. Muzyka też. Okołoambientowe granie proponowane przez jednoosobowy projekt Apropos staje się częścią rzeczywistości słuchacza. Częścią nieinwazyjną, wzbogacającą tę rzeczywistość...

Piękno-spokój-natura istnieje nawet wtedy, jeśli jesteśmy ograniczeni ścianami, kratami, czymkolwiek. Trzeba tylko na chwilę się zatrzymać i dać szansę siłom przyrody.


Tracklist:

01 of bewilderment & things left unsaid

OF BEWILDERMENT & THINGS LEFT UNSAID

piątek, 2 grudnia 2011

Pregnant Spore - Harmonious Salmon Hearts


Najważniejszy jest tu fb...

Coś ostatnio tkwię w nastroju, który może okazać się w każdej chwili nieprzyjemny dla otoczenia. Myślałem, że uda mi się to rozładować tym materiałem, czyli kolejną formą dekonstrukcji dźwięki, ale nie do końca się udało. Owszem, materiał jest dobry i bardzo bezkompromisowy. Dzieje się w nim wiele. Ale... Sprawił, że mam ochotę wyjść i komuś przypierdolić. W jakimś sensie można to uznać za ciekawy objaw obcowania z muzyką noise.
Jeden z wielu objawów.

Jest to więc album intensywny i zazdrosny. Pochłania uwagę słuchacza, wymusza ją wręcz.
I dobrze.


Tracklist:

01 darn it! jolly scum
02 satan drape
03 snot grass pt. 1
04 vitamin f
05 snot grass pt. 2

HARMONIOUS SALMON HEARTS

poniedziałek, 28 listopada 2011

The Day of the Antler - With Power


Witamy zebranych wszystkich. Oto kolejny materiał (jeszcze gorący) jednego z naszych klasyków. The Day of the Antler, bo o nim mowa, zaczyna od coveru, który ciężko rozpoznać, a dalej wchodzi w...

Po kolei. Albo i nie.
Czy tylko mi się kojarzy ta okładka z tymi wszelkimi ostrzeżeniami na paczkach papierosów? Nie. To dobrze. To ostrzeżenie nie jest bezzasadne. Materiał ten może uszkodzić słuchacza i to nieodwracalnie. Już dawno nie słyszałem tak wynaturzonych dźwięków, struktur zdegradowanych całkowicie i... ciszy. Ulotnej, niepewnej, ale koniecznej przy odbiorze tych dziwnych rzeczy.

Sam twórca zastanawia się, czy te dźwięki nie są najbardziej harsh ze wszystkich, które powołał do życia. To myślenie jest słuszne. Jeszcze dla zasady podajmy parę znaczeń tego wyrazu - szorstki, ostry, chrapliwy, chropawy, kwaśny, ostry, cierpki, niemiły...
Wszystkie pasują doskonale.

Materiał głównie za znawców tematu. Chociaż inni również mile widziany. W końcu muzyka musi być wyzwaniem, a skok na głęboką wodę wcale nie musi być czymś tak strasznym.


Tracklist:

01 kill with power
02 convulsions (for three microphones) specimen 1
03 silence I
04 convulsions (for three microphones) specimen 2
05 silence II
06 convulsions (for three microphones) specimen 3
07 silence III
08 the last desperate attempt to exit
09 silence IV

WITH POWER

środa, 23 listopada 2011

Zehel - La tía Tera visita al Grillo


Pojawia się idea ciszy. Skojarzona z milczeniem... Daje nam... Kurzą stopę. Okropieństwo. Tak czy inaczej z jakichś powodów tak się dzieje. I nie chcę w tej chwili w to wnikać.
[Może tylko wspomnę, że chodzi o kraj hiszpańskojęzyczny nie z naszego kontynentu.]

Znaczną część młodości spędziłem słuchając muzyki poważnej. A że też w pewnym momencie zacząłem dużo czytać, więc... Musiałem ściszyć nieco muzykę. Osobną kwestią jest tu Satie, ale nie będę wchodził teraz w teoretyczne kwestie i szczegóły. Po tym ściszeniu znaczna część dźwięków gdzieś mi umykała, domyślałem się co subtelniejszych fragmentów. W sumie przyzwyczaiłem się do takiego odbioru. Potem z przyjemnością odkrywałem na nowo dany utwór. I często przekonywałem się, że w tych cichych, mniej charakterystycznych lub rozpoznawalnych fragmentach, też ukryte jest jakieś piękno.

Nie spodziewałem się, że wrócę do tego sposobu odbioru na łamach. Ale oto płyta, która... Gloryfikuje ciszę. I nie mówię tu o ambiencie ani o długich pauzach. Można uznać, że... Muzyka (różnorodna dość, eklektyczna i całkiem ciekawa) jest tłem dla ciszy. Brzmi paradoksalnie, ale w niczym to nie przeszkadza. Przynajmniej nie mi.

Innymi słowy - znajdziecie tu wszystko. Ale pierwsze skrzypce należą do ciszy. I zastanówcie się, czy na pewno chcecie poznać każdy dźwięk. Możecie tego uniknąć. Tajemnica podobno zawsze dobrze się sprzedaje. I gdzieniegdzie nadal jest mile widziana.


Tracklist:

01 parte I
02 parte II
03 parte III
04 parte IV
05 parte V
06 parte VI

LA TIA TERA VISITA AL GRILLO

sobota, 19 listopada 2011

Antireality - Kad Ir Miers


Mówiąc o Antireality trzeba pamiętać o ich stronie i może moim pierwszym kontakcie z tym projektem.

Na pewno napiszę jeszcze o Antireality. - obiecałem swego czasu. I oto piszę.

Co oznacza tytuł tego albumu możecie się przekonać, jeśli go ściągniecie. Ale przyznać już muszę, że jest ładny i ciekawie zestawia się to bezkompromisowym, wiercącym na wysokich obrotach noisem. Na wysokich obrotach i na dodatek - na całkiem wysokich rejestrach. Jest to z pewnością kolejna rzecz, o której mogę powiedzieć, że powstała z myślą wyłącznie o wyrobionym słuchaczu. Reszta raczej nie będzie wiedziała, jak to ugryźć i szybko rozboli ich głowa.

Osobiście słyszę w tych dźwiękach tęsknotę za czymś pięknym, czymś, co kiedyś było codziennością (realnością?), ale zostało brutalnie odebrane. Muzyka ta jest więc obrazem współczesności, tej złej i wrogiej (antyteza przeszłości), ale jeszcze jak echo odbija się w tym coś dobrego. Podobno nawet w najgorszych sytuacjach można odnaleźć coś, co przywracałoby zachwianą wiarę. Dobrze byłoby przynajmniej w coś takiego uwierzyć...


Tracklist:

01 kad
02 ir
03 miers

KAD IR MIERS

środa, 9 listopada 2011

Peopling - Peopling


Odsyłam tym razem wyłącznie do bandcamp.

Peopling. Zaludnianie. Jakkolwiek to rozumieć. Czynność niezbyt przyjemna, choć może objawiać się również jako ekscytująca. Od szarości do koloru? Poniekąd historia tego opowiedzenia jest w tytułach. Nie wiem... Nie będę na razie analizować okładki. W ostatnim czasie niekoniecznie wychodzi mi to najlepiej.

Tak czy inaczej prezentowany teraz materiał to ciekawa, jak na mój gust, syntetyczna (wytrych wyraz) mieszanka. Z odrobiną hałasu, tradycyjnego instrumentarium, industrialu czerpanego z wzorców średnio-młodszego pokolenia... A przede wszystkim to bardzo sympatyczne i wpadające w ucho utwory podszyte przyjemną melodią.

Jak przystało na typową epkę - materiał wchłania się szybko i bez problemów. A tych dźwięków chce się słuchać, więc raz za razem, za razem znów raz włączam i daję się ponieść tym kompozycjom podszytym na pewno sporą dawką humoru.
Z pewnością będę oczekiwać na więcej. Liczę, że z tym projektem spotkamy się jeszcze nieraz. Dodajmy jeszcze - jest w tym Brooklyn. Znaczy twórca pochodzi stamtąd. Ciekawie się więc prezentuje nasze skodyfikowane wyobrażenie tamtego miejsca z tymi dźwiękami.


Tracklist:

01 come home eccentric
02 regprog
03 fiji
04 summer such and such
05 middle vanessa yeast
06 meetings

PEOPLING

niedziela, 6 listopada 2011

John 3:16 - Sinners in the Hands of an Angry God


Zwyczajowy początek, by obadać co i jak: facebook, bandcamp, soundcloud, blogspot...

Nazwa zespołu odsyła nas do pewnego biblijnego fragmentu:

For God so loved the world that he gave his one and only Son,
[a] that whoever believes in him shall not perish but have eternal life.

Czyli jest religijnie i poważnie. Tytuły piosenek zresztą mówią same za siebie.
Muzycznie jest eklektycznie, ale na swój sposób spójnie. Dużo przestrzeni, trochę hałasu, trochę różnych instrumentalnych pasaży, drone i ambient, inspiracje bardziej przyziemne. Nie do końca mrocznie, z raczej pozytywnym przesłaniem. Słucha się tego albumu (raczej chyba epki) sympatycznie.

Nie znacie żadnego szwajcarskiego zespołu niezależnego? Proszę bardzo. Faktycznie coś jest z tym mówieniem o zegarkach, itd.


Tracklist:

01 earthly father
02 in the name of the lord
03 obey god
04 redemption
05 sinners in the hands of an angry god

SINNERS IN THE HANDS OF AN ANGRY GOD

poniedziałek, 31 października 2011

Swim Ignorant Fire - Last Days


Z tradycji zadość - myspace, bandcamp, blogspot, facebook.

I przypominam, że o SIF pisałem już tu i tam.

Tak... No... Słuchanie tego albumu, znając jako-tako poprzedniego dokonania było dla mnie zaskoczeniem. Trzeba zapomnieć o nieco piskliwej i eklektycznej elektronice (jakkolwiek to brzmi) i poddać się zupełnie innym przejawom muzycznym.

Album ten jest bardzo melancholijny, może miejscami smutny, a jednocześnie przesiąknięty jakąś podskórną nadzieją. Bo jeśli mowa o końcu ludzkości, to musi być też w tym coś pozytywnego. Gitara i subtelne elektroniczne tła wzajemnie się równoważą. Raz dominuje jedno, zaraz potem drugie. Partie tworzące rozmyte pasaże, a niedługo później pojawiają się ciekawie zrytmizowane. Dzieje się tu sporo i to sporo przeciwstawnych rzeczy, które zamiast się zwalczać, tworzą sympatyczną, zamkniętą konstrukcję. Uzupełniają się, gdzieś tam wtapiają w siebie i wydają się być zupełnie logiczne, jakby żadnego antagonizmu nie było. Zresztą o podobnej zdolności pisałem już przypadku jednego z poprzednich albumów tego zespołu.

Całość stopniowo płynie przed siebie, sprawiając, że słuchacz (na pewno ja) nie chce w czasie trwania tej muzyki podejmować jakichkolwiek działań. Czemu? Bo czuje, że obcuje z czymś wyjątkowym, czymś opartym na prawdziwych emocjach. I niech tak pozostanie.


Tracklist:

01 last days of man
02 easy as breathing
03 {3}
04 fructose
05 a man of men
06 i'm all better
07 man made abomination

LAST DAYS

środa, 26 października 2011

Echo Beds - An Agonist Revision of a Futilist Lament


Klasycznie adresy - facebook, bandcamp, soundcloud...

Mocny muzyczny front w Denver zaczyna zarysowywać się w mojej wyobraźni. To w sumie ciekawe, bo nigdy nie miałem większych przemyśleń odnośnie tego miasta, nie kojarzyło mi się specjalnie z niczym, takie ładne, niewielkie, gdzieś na pustkowiu, a jednak... Po Sense From Nonsens przyszła kolej na Echo Beds, które poniekąd związane jest ze wspomnianym projektem.

Album ten jest...cholernie niepokojący. Od pierwszych do ostatnich dźwięków jest w nim coś złego albo dokładniej - złowrogiego. Słuchając go, czułem się jakbym oglądał jakiś horror. Trochę poddenerwowany, spięty, bo napięcie można kroić już nożem i za chwilę coś może wyskoczyć zza rogu. Niby człowiek się nie boi, ale wolałby uniknąć czegoś takiego... I okazuje się, że nie jest potrzebny do tego obraz. Suspens można doświadczyć też w ten sposób.
Końcówka całości wydaje się zresztą potwierdzać te moje filmowe podejrzenia.

Eksperymenty. Nie-do-końca-ambientowe-przestrzenie. Miejsca, które przywołują chociażby Einstürzende Neubauten z debiutującego okresu. I przede wszystkim hałas, rozumiany w sposób nienachalny.

Zostawiam więc was z tym materiałem. I zalecam słuchanie nocą. Najlepiej głośno.


Tracklist:

01 implications of an A B conversation
02 this Blood is relative
03 in order to form a more perfect union

AN AGONIST REVISION OF A FUTILIST LAME

sobota, 22 października 2011

X - Creation


Bardzo niewiele wiadomo o X, ale podaję dwa linki: myspace i jakieś purevolume.

Główną cechą tego materiału jest...tajemniczość. W swojej formie jawi się jako dość eklektyczny, trochę nieśmiały - tzn. debiutancki najprawdopodobniej. A tajemniczość, która spowija całość dotyka z pewnością jakichś ezoterycznych zainteresowań. Sam X określa to w następujący sposób:

The album is heavily influenced by philosophy and spirituality.

Nie będę bliżej wchodził w opis czy analizę. Cokolwiek. Zostawiam materiał taki, jaki jest. Polecam go i liczę po cichu, że X jeszcze z czymś się objawi. Bardziej dojrzałym z większym rozmachem, ale w podobnym klimacie. Może wtedy przybliży swoje filozoficzne ciągoty? Kto wie.


Tracklist:

01 genesis
02 lumen et ater
03 aeon
04 morphosis I
05 morphosos II
06 pneuma
07 VII
08 zenit
09 the seventh day
10 nadir

CREATION

piątek, 30 września 2011

The Hospital - Autoerotic Asphyxia


Stary, dobry Erik Stanger. Pojawiał się już tu wielokrotnie i mam nadzieję, że w przyszłości nie będzie inaczej. Chociaż słuchając takiej muzyki nigdy nie wiadomo...

The Hospital, tę roczną odskocznię od Grammal Seizure, traktowałem zawsze z wielką sympatią. W porównaniu z GS główną różnicą było zwolnienie tempa, moim zdaniem bardziej dopracowany dźwięk i ogólna 'poetyckość' materiału. Przewierca człowieka aż miło, ale niekoniecznie rozrzuca wnętrzności po całej okolicy. Jest to bardzo subtelne granie i wyjątkowo złowrocie.

Aż posłużę się cytatem, bo dawno tego nie robiłem:

Potraficie sobie wyobrazić, jak to jest wiecznie płonąć? (...) Wiecznie, bez jednej chwili wytchnienia, cały czas cierpieć? Czy kiedyś próbowałyście na krótką chwilę przyłożyć zapałkę do palca? Pamiętacie tamto uczucie? To teraz wyobraźcie sobie taki ból w całym ciele, nigdy niekończący się, trwający wiecznie. Oczami wyobraźni przeniknijcie bramy piekieł i przyjrzyjcie się szalejącym płomieniom. Wyobraźcie sobie siebie pośród tych płomieni, szatanów i wzbudzających lęk cieni, wyobraźcie sobie tam wasze dusze, które trafiają do piekła, jeśli umrzecie w grzechu śmiertelnym!
L. Graves, Kobieta nieznana, przekł. B. Nawrot, Warszawa 2008, s. 124.

To nagranie trwające nieco ponad kwadrans jest wyśmienitą, reprezentatywną próbką grania The Hospital. Krążą gdzieś wokół niego duchy potępionych lub zwykłych ofiarach chorych ludzi. Wiadomo, inspiracje Erika sięgały tutaj różnych wynaturzeń objawiających się w historii ludzkości. W tym przypadku wszystko wokół cielesności. To zawsze nośny temat, a w zestawieniu z tą muzyką... Twarz ludzkości jest dziwnie zbrodnicza. Nieprzyjemna. Po prostu Zła.


Tracklist:

01 don't come in
02 suffocate
03 autoerotic 1
04 plastic bag
05 autoerotic 2

AUTOEROTIC ASPHYXIA

wtorek, 27 września 2011

Critical Theatre - Wyrd-War


Nie ma tu wielu wyjątkowych odnośników, zostanę więc przy myspace. I warto pamiętać, że pisałem już o tym zespole, na wysokości ich Psych Burn. Teraz pragnę przedstawić nieco wcześniejszy materiał...

Noise. Choć może nie do końca ortodoksyjny. Gdzieś z domieszką ambientu, droneu, czy nawet z pewnymi industrialnymi naleciałościami. Ale muzyka ta wyrasta z pewnością z idei czystego hałasu.
Jest mrocznie, schizofrenicznie i właściwie w niezbyt wygórowanym tempie. Czyli to, co lubię najbardziej. Utwory oparte (niekiedy) na chorym rytmie, wypuszczają z siebie dziwne dźwięki, które całkiem subtelnie wwiercają się w głowę słuchacza.
I albo mi odbija albo w tych dźwiękach zdarza mi się słyszeć jęki potępionych ludzi.

Nie mówię tego zbyt często, ale jest w tej muzyce coś demonicznego. Niepokojącego. Zespół nie potrzebuje ściany dźwięku i strasznych krzyków, by wzbudzić to dziwne uczucie u słuchacza. Osiąga to zupełnie innymi środkami.
I oczywiście wiedźmowy trans... Słucham i faktycznie widzę wiedźmy, stare, paskudne, koślawo tańczące nago wokół ogniska. Oczywiście, wszystkie odurzone wcześniejszym pocałunkiem złożonym pod ogonem samego szatana. Coś w tym stylu.

Bardzo, bardzo, bardzo dobry i klimatyczny materiał. Polecam wszystkim, którzy szukają pomysłu w muzyce, ale nie efekciarstwa. Klimatu. I swoistej namiętności wobec zła.


Tracklist:

01 rust and renewal
02 witch's trance raga part I
03 witch's trance raga part II
04 catLord
05 solsticeritual
06 lull
07 moloch, you cannot touch her

WYRD-WARD

sobota, 24 września 2011

Subterrestrial - We Live Inside


Czytajcie, a wiedza będzie wam dana: myspace, lastfm, soundcloud, archive... I oczywiście blogspot, gdzie znajdziecie sporo rzeczy, nie tylko muzykę tej grupy.

Kim jest zespół?
Subterrestrial is a dark ambient/experimental music project from the San Francisco Bay Area. Subterrestrial explores hollow earth and esoteric themes, unexplainable phenomenon and the mysteries of the universe using a variety of experimental musical styles as a vehicle. Subterrestrial has released a number of creative commons netaudio albums on various netlabels, as well as physical releases and compilation appearances.

Jaka jest idea tego albumu?
The second installment of Subterrestrial's series of hollow earth themed albums, "We Live Inside" is inspired by 19th century Utopian mystic Cyrus Reed Teed and his principle of "Cellular Cosmogony" or concave earth. Teed believed that the earth was not only hollow, but that we live on the inside surface. Subterrestrial channels atmospheric drone doom sounds for this outing.

Wszystko z grubsza jak powyżej. Subtererrestrial nie kłamał raczej. Dodałbym jeszcze, że całość poważnie nawiązuje do drone, ale tylko w sferze formalnej. Można też odnaleźć pewne nawiązania do innych gatunków. Ale duchowo jest to materiał, który wyrósł (chyba) na post-rocku, chociaż nie odczuwa się tego aż tak nachalnie. A, i oczywiście na progresywnym graniu.

Daje to wszystko ciekawą, alchemiczną mieszankę, która wciąga. Ta muzyka z pewnością ma to w sobie. Wydaje mi się, że zespół jest na tyle młody, że jeszcze nie ukazał w pełni swoich możliwości... Ale to kwestia czasu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze Subterrestrial może być liczącą się nazwą na scenie alternatywnej.
Z pewnością jeszcze o nich napiszę.


Tracklist:

01 the cellular cosmogony
02 seven mercurial disks
03 the 24 year cycle
04 in the hollow of his hand
05 a gently oscillating ocean of magnetic and spiritual ecstasy
06 invisible sun
07 beyond the 17 layers, a void

WE LIVE INSIDE

wtorek, 20 września 2011

Antireality - Transparent Time Trailz


Krótko - strona domowa, lastfm. Styknie.

Kolejny noiseowo-eksperymentalny pomiot, którego słucha się z przyjemnością.

Zespół ułatwił mi sprawę, więc mogę to wkleić:

antireality is transpersonal sound experience – fulfilling an intermission between ‘alpha’ and ‘omega’, ‘here and now’. improvised sound abstractions of noise are symbolizing expression of free will, which can go far beyond general conventional musical forms, excluding determinism, fatality. noise here means absolute deconstruction of musical motives, division in primary elements, break-down of common notion – thus facilitating access to unawareness, shapeless content – procreation of ‘nothingness’ manifestation in us ourselves.

Kto już trochę zna tego bloga, znajdzie z pewnością w powyższej wypowiedzi słowa, które oddają mój stosunek do muzyki lub moich własnych muzycznych poszukiwań.
Te trzy suity (każda ponad 10 minut) wykazują niesamowite zrównoważenie i wielkie bogactwo treści. Aby to zrozumieć (tzn. przedrzeć się przez z pozoru jednostajne piszczenie), trzeba jednak być na odpowiednim poziomie osłuchania noisem. Słychać, że nie są to debiutanci i że za tymi dźwiękami kryje się techniczna sprawność i pomysł.
Na swój sposób jest to wyjątkowo wyrafinowany materiał.

Na pewno napiszę jeszcze o Antireality.


Tracklist:

01 transparent
02 time
03 trailz

TRANSPARENT TIME TRAILZ

niedziela, 18 września 2011

Indo - Running Program From Earth


Garść różnych stron, które przybliżą nam tę enigmatyczną postać: myspace, soundcloud i...domowa.

Dotykając tego materiału, jak wskazuje tytuł, należy odkryć w sobie pokłady sympatii dla matki ziemi. Tak, tej ziemi, z której wyrastamy i która nas żywi. Oczywiście, człowiek myśląc o naturze wyobraża sobie drzewa, krzaczki, kwiatki i ptaszki, które sobie niefrasobliwie 'ćwierdolą'. Wszelkie idee ratowania naszej planety oparte są właśnie na tych ładnych, zielonych i niebieskich widoczkach, a nie robakach, które ugrzęzły dawno temu pod ziemią.

Do rzeczy.
Ten album to różne formy hołdów złożonych naturze. Całość ma wysoce podejrzaną konstrukcję (pierwszy utwór ponad 20 minut, reszta nieco krótsza, ale też robi wrażenie). To nieco nieortodoksyjne podejście do tematu w mojej ocenie niczemu nie przeszkadza. Gdzieś w umyśle słuchacza uzupełnia się i... W ogóle czas przestaje istnieć. To chyba największa zaleta, jaką można zaprezentować na temat jakiejkolwiek muzyki.

Próbując gatunkowo jakoś określić to nagranie, pójdę na łatwiznę i wkleję, co podał twórca w pliku informacyjnym: ambient, ethnic, tribal, drone.
Co ciekawe, oddając się tym dźwiękom w ogóle nie myślę o konkretnym gatunku. Chcę się oddać dźwiękom, które ukazują autorską wizję natury i sposobu na jej kochanie.


Traclist:

01 running program from earth 01
02 running program from earth 02
03 running program from earth 03
04 running program from earth 04
05 running program from earth 05
06 running program from earth 06

RUNNING PROGRAM FROM EARTH