I was at a Bach concert. It consoled, purified and strengthened me.

Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit.

piątek, 30 grudnia 2011

Genus Inkasso - Occasionally Slumping, Smiling Weakly


Tak. Pozostańmy przy tym.

Jeden z tych albumów, o których nie potrafię długo pisać. Sięgając po informacje zawarte powyżej, mamy tu do czynienia z: dark ambient, abstract, noise, post-modern. I tak, i nie. Ale w sumie można na podstawie tego spróbować oddać charakter tego grania opartego na najlepszym przyjacielu człowieka, czyli komputerze. Wspominam elektronikę dlatego, że to ona stanowi tutaj kręgosłup całego grania. Wszystkie 'ludzkie' dodatki wydają się być dodatkowym smaczkiem.

Martwi mnie okładka...

Ale jednocześnie żyję w przeczuciu, że ten album ma znamiona czegoś bardzo dobrego. Może nawet miejscami wybitnego. Niech i tak będzie. Słucham go cały czas od paru dni i nie znudził mnie jeszcze. Przyjemnie się do niego wraca, gdyż nie jest też strasznie ekspansywny. Jest również idealnym tłem do ponurego życia, w którym tylko czasami zdarzają się przejaśnienia.

No, ale co ja będę pieprzyć na starym roku. Sami posłuchajcie.


Tracklist:

01 the galvanizing effect of knowing the difference
02 like party favours unravelling
03 immense sluice of effluence
04 marshal his being to culture
05 a tested difficulty of saying anything
06 black site confessional
07 abdomen of bees
08 an obstacle course of tan corpses

OCCASIONALLY SLUMPING, SMILING WEAKLY

poniedziałek, 26 grudnia 2011

życzenia

Tym wszystkim, którzy składali mi życzenia urodzinowe i świąteczne, którym w sumie nie odpowiadałem, chciałem przekazać trzy słowa - nic nie szkodzi.

sobota, 24 grudnia 2011

Sense From Nonsense - Invocation of Light


Po więcej: tu i tu.
Oraz warto przypomnieć sobie SIDS.

Tak. Ja wiem, że święta. Że to. Tamto. I jak niektórzy mówią - sramto. Oraz - sro. Okładka taka niekoniecznie świąteczna. No i nie ta okazja. Wielkanoc kiedy indziej. Ukrzyżowanie św. Piotra też w innym terminie. Ale, jak to mawia mój przyjaciel zza oceanu, es muss sein. I tyle.

Tym razem Sense From Nonsense nie kreuje swoistej schizofreni instrumentalnej. Pan twórca poszedł w zupełnie inną stronę... Okołoambientowego wycia. Która uważam za odtrutkę na aktualną parszywą rzeczywistość. Można się wyciszyć przy mrocznym... Nawet nie wiem, jak to nazwać.
Popatrzcie na okładkę i sami wyczujcie klimat tego nagrania.

Ciekawe jest zestawienie wcześniejszej twórczości SFN z tym dziełem. Nie znam (jeszcze, to kwestia czasu) procesów, które wydarzyły się w międzyczasie, że tego typu materiał ujrzał światło dzienne. Choć właściwiej - światło nocy. Mogę się domyślać, że pod instrumentalną żywiołowością i swoistą zaciętością z poprzednich dokonań ukrywało się coś bardzo nieprzyjemnego. Może poprzednie dokonania były rodzajem terapi, która miała pomóc w związku z tym niepokojem egzystencjalnym?

Nie wiem. Nazwa zespołu jest tu chyba najlepszą odpowiedzią.
A od siebie, tak na święta, mogę dodać - traktujcie to jako kolędę.


Tracklist:

01 ß-Ç+Ż¤ä̤߯ç¤ü+¦¤â¤ä+¬¤é

INVOCATION OF LIGHT

wtorek, 20 grudnia 2011

Areyfu - Amethyst [ep]



Powraca (o ile w ogóle odchodził) jeden z moich faworytów produkujących niewielkie noiseowe formy. Powraca (niech będzie) wydawnictwem niewielkim, zaledwie epką króciutką, ale... jakże mięsistą i jednocześnie słodką.

Te cztery kompozycje, ale... Tak naprawdę dwie noiseowe rzeźnie, które w muzykę Areyfu wprowadziły nutkę...smutku. Tak. Jest tu jakieś uczucie. Jakieś wrażenie. Niepokój. Tęsknota, która jednak nie wyklucza całkiem tragicznych dźwięków. Z pewną dozą przestrzeni, wyciszenia, które też przecież też można uznać za jedną z form otaczającego nas hałasu. I dwa klimatyczne, okołoambientowe przerywniki.

Widzę w tym rozwiązaniu pewien koncept. W końcu po pierwszym trzyminutowym szaleństwie słuchać (nawet chyba niezbyt wyrobiony) nie musi łapać oddechu. A nawet dwóch całkiem podobnych pod rząd. Ciekawe.

Dziękuję za tę miniaturę. Chapeau bas.


Trakclist:

01 empty shell
02 II
03 III
04 voices in the hull

AMETHYST

piątek, 16 grudnia 2011

Álfheimr - Predatory Nature


Tu nieco więcej. I jeszcze tam.

Raczej nie umieszczam na blogu takiego grania. Z wyraźnymi postrockowymi naleciałościami, ale coś mnie urzekło na tym albumie. Podobno na dodatek jest to modne. Wiele osób tego słucha i zespołów tego typu coraz więcej. Niech więc będzie. Nie muszę wszystkiego rozumieć ani czuć.

Dwa utwory, które gdzieś w mojej percepcji łączą się w jeden, subtelny i relatywnie delikatny pejzaż. Całość efemeryczna i choć miejscami niezbyt pewna siebie, to potrafi za sobą pociągnąć słuchacza. Napięcie wzrasta, opada, znów wzrasta, powtórnie zostaje wyciszone - tak płynie ten album w sposób całkiem sprawny.

Może warto głos oddać samemu twórcy, niech powie, jak zapatruje się na swoją muzykę:

To me, music is about capturing vague or faint emotions in the hammering of drums or the swelling of violins; it's about conjuring feelings of nostalgia in the humming of an old casio keyboard, or overbearing feelings of futility in a distant, fading voice.

Dziękuję za uwagę. Polecam. Odprężcie się przy tych dźwiękach.


Tracklist:

01 predatory nature
02 mostly knives

PREDATORY NATURE

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Insomnia - Shadows and Mists


Wszelkich zainteresowanych odsyłam tu.

Czekałem na nowy album łódzkiego duetu Insomnia. O panach pisałem już wielokrotnie na łamach blogu i mam nadzieję pisać jeszcze. Poprzedni krążek tego projektu przyjąłem bardzo pozytywnie. Places tworzyło pewną przestrzeń wspomnień-marzeń. Może też nadziei. Jednak podskórnie czaił się zawsze jakiś niepokój. Może obawa lub uraz. Wydaje mi się, że ten dualizm patronuje też nowej płycie. Zresztą sam tytuł wydaje się znamienny...

Muzycznie jest to dzieło bardziej świadome. Powiedziałbym, że pewniejsze siebie i swoich poczynań. Niekiedy z premedytacją wchodzące na pewnej grząskie grunty, ale wychodzące zawsze obronną ręką.

Zastanawiające są słowa Twórców dołączone w formie swoistego listu do płyty:

Główną inspiracją dla naszych nowych muzycznych pomysłów było stare, nieme kino początków ubiegłego wieku. (...) Konkretnie chodzi o to, że w większości widzowie dopasowaliby do filmów Murnaua czy Christensena ambientowe ścieżki dźwiękowe i zamknęliby wszystko w jedno-liniowej, mrocznej formie.

Muzycy postanowili poszukać innego rozwiązania dla tej odwiecznej (bo co jakiś czas wraca) kwestii. Nie dokonali jednak szalonej rewolucji wobec tego stereotypowego postrzegania, nie uciekli całkowicie do przeciwnego narożnika, gotowi do zaciętego 15rundowego pojedynku. Raczej z wrodzoną sobie sympatią i empatią zasugerowali inne rozwiązania w kręgu muzyki elektronicznej i eksperymentalnej.
A jeśli (znów dualizm) zestawić to z naturą zaprezentowaną na okładce, z naturą, z którą nieodmiennie kojarzy mi się muzyka łódzkiego duetu... Można zaznać przyjemnego zawrotu głowy.

O tym albumie będę jeszcze pisać. Na razie to tyle z mojej strony.
Gorąco polecam, gdyż jest to kojąca, przyjemna i nieco bajeczna wycieczka w krainę cieni i mgły.


Tracklist:

01 shadows and mists
02 hurt this much
03 retirement
04 spiky rays
05 empire
06 doubt in the content

SHADOWS AND MISTS

wtorek, 6 grudnia 2011

Apropos - of Bewilderment & Things Left Unsaid


Pozostańmy przy jednym odsyłaczu.

Mógłbym się gapić na tę okładkę godzinami. Co dziwnym jest w moim przypadku, kiedy wszelkie rzeczy cywilizacyjne (w relatywnie nowym, od modernistycznego okresu) mnie nudzą i męczą wręcz. A tu... dziwna odmiana. To tak, jakby ktoś na chwilę kazał mi się zatrzymać, rozejrzeć się i uświadomić sobie, że natura też może się tu objawić. Zapomnij na chwilę o brudzie, przyjrzyj się temu w pewnym idealnym (duchowym) stanie i zrozum, że natura też się tu objawia. Gdzieś jeśli się przyjrzysz zobaczysz błękit nieba.

Natura się dopasowuje. Muzyka też. Okołoambientowe granie proponowane przez jednoosobowy projekt Apropos staje się częścią rzeczywistości słuchacza. Częścią nieinwazyjną, wzbogacającą tę rzeczywistość...

Piękno-spokój-natura istnieje nawet wtedy, jeśli jesteśmy ograniczeni ścianami, kratami, czymkolwiek. Trzeba tylko na chwilę się zatrzymać i dać szansę siłom przyrody.


Tracklist:

01 of bewilderment & things left unsaid

OF BEWILDERMENT & THINGS LEFT UNSAID

piątek, 2 grudnia 2011

Pregnant Spore - Harmonious Salmon Hearts


Najważniejszy jest tu fb...

Coś ostatnio tkwię w nastroju, który może okazać się w każdej chwili nieprzyjemny dla otoczenia. Myślałem, że uda mi się to rozładować tym materiałem, czyli kolejną formą dekonstrukcji dźwięki, ale nie do końca się udało. Owszem, materiał jest dobry i bardzo bezkompromisowy. Dzieje się w nim wiele. Ale... Sprawił, że mam ochotę wyjść i komuś przypierdolić. W jakimś sensie można to uznać za ciekawy objaw obcowania z muzyką noise.
Jeden z wielu objawów.

Jest to więc album intensywny i zazdrosny. Pochłania uwagę słuchacza, wymusza ją wręcz.
I dobrze.


Tracklist:

01 darn it! jolly scum
02 satan drape
03 snot grass pt. 1
04 vitamin f
05 snot grass pt. 2

HARMONIOUS SALMON HEARTS

poniedziałek, 28 listopada 2011

The Day of the Antler - With Power


Witamy zebranych wszystkich. Oto kolejny materiał (jeszcze gorący) jednego z naszych klasyków. The Day of the Antler, bo o nim mowa, zaczyna od coveru, który ciężko rozpoznać, a dalej wchodzi w...

Po kolei. Albo i nie.
Czy tylko mi się kojarzy ta okładka z tymi wszelkimi ostrzeżeniami na paczkach papierosów? Nie. To dobrze. To ostrzeżenie nie jest bezzasadne. Materiał ten może uszkodzić słuchacza i to nieodwracalnie. Już dawno nie słyszałem tak wynaturzonych dźwięków, struktur zdegradowanych całkowicie i... ciszy. Ulotnej, niepewnej, ale koniecznej przy odbiorze tych dziwnych rzeczy.

Sam twórca zastanawia się, czy te dźwięki nie są najbardziej harsh ze wszystkich, które powołał do życia. To myślenie jest słuszne. Jeszcze dla zasady podajmy parę znaczeń tego wyrazu - szorstki, ostry, chrapliwy, chropawy, kwaśny, ostry, cierpki, niemiły...
Wszystkie pasują doskonale.

Materiał głównie za znawców tematu. Chociaż inni również mile widziany. W końcu muzyka musi być wyzwaniem, a skok na głęboką wodę wcale nie musi być czymś tak strasznym.


Tracklist:

01 kill with power
02 convulsions (for three microphones) specimen 1
03 silence I
04 convulsions (for three microphones) specimen 2
05 silence II
06 convulsions (for three microphones) specimen 3
07 silence III
08 the last desperate attempt to exit
09 silence IV

WITH POWER

niedziela, 27 listopada 2011

'szade'

Niestety, ludzie pierdolnięci są wśród nas. I nic nie da się z tym zrobić.

środa, 23 listopada 2011

Zehel - La tía Tera visita al Grillo


Pojawia się idea ciszy. Skojarzona z milczeniem... Daje nam... Kurzą stopę. Okropieństwo. Tak czy inaczej z jakichś powodów tak się dzieje. I nie chcę w tej chwili w to wnikać.
[Może tylko wspomnę, że chodzi o kraj hiszpańskojęzyczny nie z naszego kontynentu.]

Znaczną część młodości spędziłem słuchając muzyki poważnej. A że też w pewnym momencie zacząłem dużo czytać, więc... Musiałem ściszyć nieco muzykę. Osobną kwestią jest tu Satie, ale nie będę wchodził teraz w teoretyczne kwestie i szczegóły. Po tym ściszeniu znaczna część dźwięków gdzieś mi umykała, domyślałem się co subtelniejszych fragmentów. W sumie przyzwyczaiłem się do takiego odbioru. Potem z przyjemnością odkrywałem na nowo dany utwór. I często przekonywałem się, że w tych cichych, mniej charakterystycznych lub rozpoznawalnych fragmentach, też ukryte jest jakieś piękno.

Nie spodziewałem się, że wrócę do tego sposobu odbioru na łamach. Ale oto płyta, która... Gloryfikuje ciszę. I nie mówię tu o ambiencie ani o długich pauzach. Można uznać, że... Muzyka (różnorodna dość, eklektyczna i całkiem ciekawa) jest tłem dla ciszy. Brzmi paradoksalnie, ale w niczym to nie przeszkadza. Przynajmniej nie mi.

Innymi słowy - znajdziecie tu wszystko. Ale pierwsze skrzypce należą do ciszy. I zastanówcie się, czy na pewno chcecie poznać każdy dźwięk. Możecie tego uniknąć. Tajemnica podobno zawsze dobrze się sprzedaje. I gdzieniegdzie nadal jest mile widziana.


Tracklist:

01 parte I
02 parte II
03 parte III
04 parte IV
05 parte V
06 parte VI

LA TIA TERA VISITA AL GRILLO

sobota, 19 listopada 2011

Antireality - Kad Ir Miers


Mówiąc o Antireality trzeba pamiętać o ich stronie i może moim pierwszym kontakcie z tym projektem.

Na pewno napiszę jeszcze o Antireality. - obiecałem swego czasu. I oto piszę.

Co oznacza tytuł tego albumu możecie się przekonać, jeśli go ściągniecie. Ale przyznać już muszę, że jest ładny i ciekawie zestawia się to bezkompromisowym, wiercącym na wysokich obrotach noisem. Na wysokich obrotach i na dodatek - na całkiem wysokich rejestrach. Jest to z pewnością kolejna rzecz, o której mogę powiedzieć, że powstała z myślą wyłącznie o wyrobionym słuchaczu. Reszta raczej nie będzie wiedziała, jak to ugryźć i szybko rozboli ich głowa.

Osobiście słyszę w tych dźwiękach tęsknotę za czymś pięknym, czymś, co kiedyś było codziennością (realnością?), ale zostało brutalnie odebrane. Muzyka ta jest więc obrazem współczesności, tej złej i wrogiej (antyteza przeszłości), ale jeszcze jak echo odbija się w tym coś dobrego. Podobno nawet w najgorszych sytuacjach można odnaleźć coś, co przywracałoby zachwianą wiarę. Dobrze byłoby przynajmniej w coś takiego uwierzyć...


Tracklist:

01 kad
02 ir
03 miers

KAD IR MIERS

środa, 16 listopada 2011

nowa galeria na fb...

Na naszym fb objawiła się nowa galeria. A w niej znajdują się okładki (i linki do odpowiednich stron) najlepszych albumów, o który pisałem na łamach soinoise. Na razie umieściłem tam najlepsze albumy z roku 2010. Nie będę tworzył osobnych galerii na kolejne lata. Kolejność, w której wymienione zostały płyty, też nie jest szczególnie zobowiązująca. Innymi słowy - nie ma znaczenia.

Ogólnie jest to materiał, do którego warto wrócić. Który nadaje sens tym paru wymęczonym słowom.

Salud.

sobota, 12 listopada 2011

Amanda Palmer




Choose your own song...
This is my choice - ???.

środa, 9 listopada 2011

Peopling - Peopling


Odsyłam tym razem wyłącznie do bandcamp.

Peopling. Zaludnianie. Jakkolwiek to rozumieć. Czynność niezbyt przyjemna, choć może objawiać się również jako ekscytująca. Od szarości do koloru? Poniekąd historia tego opowiedzenia jest w tytułach. Nie wiem... Nie będę na razie analizować okładki. W ostatnim czasie niekoniecznie wychodzi mi to najlepiej.

Tak czy inaczej prezentowany teraz materiał to ciekawa, jak na mój gust, syntetyczna (wytrych wyraz) mieszanka. Z odrobiną hałasu, tradycyjnego instrumentarium, industrialu czerpanego z wzorców średnio-młodszego pokolenia... A przede wszystkim to bardzo sympatyczne i wpadające w ucho utwory podszyte przyjemną melodią.

Jak przystało na typową epkę - materiał wchłania się szybko i bez problemów. A tych dźwięków chce się słuchać, więc raz za razem, za razem znów raz włączam i daję się ponieść tym kompozycjom podszytym na pewno sporą dawką humoru.
Z pewnością będę oczekiwać na więcej. Liczę, że z tym projektem spotkamy się jeszcze nieraz. Dodajmy jeszcze - jest w tym Brooklyn. Znaczy twórca pochodzi stamtąd. Ciekawie się więc prezentuje nasze skodyfikowane wyobrażenie tamtego miejsca z tymi dźwiękami.


Tracklist:

01 come home eccentric
02 regprog
03 fiji
04 summer such and such
05 middle vanessa yeast
06 meetings

PEOPLING

niedziela, 6 listopada 2011

John 3:16 - Sinners in the Hands of an Angry God


Zwyczajowy początek, by obadać co i jak: facebook, bandcamp, soundcloud, blogspot...

Nazwa zespołu odsyła nas do pewnego biblijnego fragmentu:

For God so loved the world that he gave his one and only Son,
[a] that whoever believes in him shall not perish but have eternal life.

Czyli jest religijnie i poważnie. Tytuły piosenek zresztą mówią same za siebie.
Muzycznie jest eklektycznie, ale na swój sposób spójnie. Dużo przestrzeni, trochę hałasu, trochę różnych instrumentalnych pasaży, drone i ambient, inspiracje bardziej przyziemne. Nie do końca mrocznie, z raczej pozytywnym przesłaniem. Słucha się tego albumu (raczej chyba epki) sympatycznie.

Nie znacie żadnego szwajcarskiego zespołu niezależnego? Proszę bardzo. Faktycznie coś jest z tym mówieniem o zegarkach, itd.


Tracklist:

01 earthly father
02 in the name of the lord
03 obey god
04 redemption
05 sinners in the hands of an angry god

SINNERS IN THE HANDS OF AN ANGRY GOD

czwartek, 3 listopada 2011

# 07 - Salakapakka Sound System

Bardzo dobra nazwa albumu. Wyśmienita okładka. Jeszcze lepsze dźwięki w środku. Od pierwszej minuty do ostatniej. SSS w najlepszym wydaniu i na dodatek...mój absolutny faworyt pod tym szyldem. Spodziewałem się czegoś mocnego, świeżego, kopiącego po wszystkich częściach ciała, ale to wydawnictwo przerosło moje oczekiwania. I chwała za to Twórcy.
Otwierający całość utwór z początku zaniepokoił mnie, że coś dzieje się złego z moim sprzętem 'odsłuchowym'. Albo ze mną samym. Te posiatkowane dźwięki atakują bezpośrednio i niewybrednie przyzwyczajenia słuchacza. Uważam się za wyrobionego zawodnika w dziwnych dźwiękach, lecz tutaj potrzebowałem chwili, by ogarnąć, co się dzieje. Przełamać jakieś tandetne przyzwyczajenia i zrozumieć, z czym mam do czynienia. Jeśli miałbym przyrównać to do jakiegoś określenia smakowego... - ta rewolucja jest wytrawna. Odbieram to jako swoiste oczyszczenie umysłu i ostrzeżenie przed pozostałymi trzema utworami. Moment, w którym warto dostroić się do innej (brutalnej) percepcji. Dalsze działania tego albumu (dwanaście i po dziewiętnaście minuty) to wyrafinowany hałas. Noise w formie dojrzałej, przestrzennej, zrytmizowanej i też wyrwanej z objęć matematyki. Muzyczne kolosy, które przytłoczą sobą całe otoczenie. Biorą słuchacza w niewolę. Mnie na pewno wzięły... I za każdym razem odkrywam w nich coś nowego.
Czy można bardziej pochwalić jakiś album?

Jeśli chcecie zdobyć ten materiał... Tzn. nie macie wyjścia, musicie zamówić, to zajrzyjcie na stronę SSS, tam będziecie mieli wszelkie informacje. Dokładnie rzecz biorąc tu. Łatwo się dogadacie z szefem.

poniedziałek, 31 października 2011

Swim Ignorant Fire - Last Days


Z tradycji zadość - myspace, bandcamp, blogspot, facebook.

I przypominam, że o SIF pisałem już tu i tam.

Tak... No... Słuchanie tego albumu, znając jako-tako poprzedniego dokonania było dla mnie zaskoczeniem. Trzeba zapomnieć o nieco piskliwej i eklektycznej elektronice (jakkolwiek to brzmi) i poddać się zupełnie innym przejawom muzycznym.

Album ten jest bardzo melancholijny, może miejscami smutny, a jednocześnie przesiąknięty jakąś podskórną nadzieją. Bo jeśli mowa o końcu ludzkości, to musi być też w tym coś pozytywnego. Gitara i subtelne elektroniczne tła wzajemnie się równoważą. Raz dominuje jedno, zaraz potem drugie. Partie tworzące rozmyte pasaże, a niedługo później pojawiają się ciekawie zrytmizowane. Dzieje się tu sporo i to sporo przeciwstawnych rzeczy, które zamiast się zwalczać, tworzą sympatyczną, zamkniętą konstrukcję. Uzupełniają się, gdzieś tam wtapiają w siebie i wydają się być zupełnie logiczne, jakby żadnego antagonizmu nie było. Zresztą o podobnej zdolności pisałem już przypadku jednego z poprzednich albumów tego zespołu.

Całość stopniowo płynie przed siebie, sprawiając, że słuchacz (na pewno ja) nie chce w czasie trwania tej muzyki podejmować jakichkolwiek działań. Czemu? Bo czuje, że obcuje z czymś wyjątkowym, czymś opartym na prawdziwych emocjach. I niech tak pozostanie.


Tracklist:

01 last days of man
02 easy as breathing
03 {3}
04 fructose
05 a man of men
06 i'm all better
07 man made abomination

LAST DAYS

środa, 26 października 2011

Echo Beds - An Agonist Revision of a Futilist Lament


Klasycznie adresy - facebook, bandcamp, soundcloud...

Mocny muzyczny front w Denver zaczyna zarysowywać się w mojej wyobraźni. To w sumie ciekawe, bo nigdy nie miałem większych przemyśleń odnośnie tego miasta, nie kojarzyło mi się specjalnie z niczym, takie ładne, niewielkie, gdzieś na pustkowiu, a jednak... Po Sense From Nonsens przyszła kolej na Echo Beds, które poniekąd związane jest ze wspomnianym projektem.

Album ten jest...cholernie niepokojący. Od pierwszych do ostatnich dźwięków jest w nim coś złego albo dokładniej - złowrogiego. Słuchając go, czułem się jakbym oglądał jakiś horror. Trochę poddenerwowany, spięty, bo napięcie można kroić już nożem i za chwilę coś może wyskoczyć zza rogu. Niby człowiek się nie boi, ale wolałby uniknąć czegoś takiego... I okazuje się, że nie jest potrzebny do tego obraz. Suspens można doświadczyć też w ten sposób.
Końcówka całości wydaje się zresztą potwierdzać te moje filmowe podejrzenia.

Eksperymenty. Nie-do-końca-ambientowe-przestrzenie. Miejsca, które przywołują chociażby Einstürzende Neubauten z debiutującego okresu. I przede wszystkim hałas, rozumiany w sposób nienachalny.

Zostawiam więc was z tym materiałem. I zalecam słuchanie nocą. Najlepiej głośno.


Tracklist:

01 implications of an A B conversation
02 this Blood is relative
03 in order to form a more perfect union

AN AGONIST REVISION OF A FUTILIST LAME

poniedziałek, 24 października 2011

# 06 - Pandemonium

Coraz rzadziej wracam do muzyki metalowej. Właściwie moja polityka sprowadza się do tego, że jest parę zespołów, których losy śledzę od lat. I pewnie będę im wierny do końca. Pandemonium z pewnością jest jednym z tych zespołów. Nie chcę tu przytaczać całej zagmatwanej historii, opisywać każdej płyty, ograniczę się do krótkiej informacji. Reszta z mojej strony jest milczeniem, bo muzyka tego zespołu od Devilri po Hellspawn broni się sama. Przy okazji reedycji wspomnianego Devilri w formie winylowej zespół postanowił uraczyć wygłodniałych (w końcu od ostatniej płyty upłynęły już cztery lata) małą zapowiedzią albumu. Jest to właśnie Promo 2010. A zbliżający się dużymi krokami LP zwać się ma Misantrophy.
Promo, o którym tu mówię, składa się z dwóch utworów, o których wiele osób już się rozpisywało. Że powrót do przeszłości, że miazga, że nowa jakość, że łączenie tego, co było z przyszłością, że obecny jest tu duch dawnych czasów, itd. Osobiście nie wysuwałbym jeszcze żadnych stanowczych i kategorycznych wniosków i zapowiedzi, podpisywałbym się jednak pod kwestią ducha - ale jest to rzecz znamienna dla Pandemonium od samego początku. Muzycznie jest to zespół, który z płyty na płytę zmieniał się i zaskakiwał. Ewolucja nie jest tu właściwym wyrazem, chyba że jakaś ewolucja piekielna, której logiki prosty umysł nie jest w stanie ot tak wychwycić. Wystarczy prześledzić chociażby trzy ostatnie albumy (pomijam kwestię nazwy Domain), czyli Gat Etemmi, The Zonei i Hellspawn, w którym to zestawieniu ostatni materiał był najbardziej brutalny, bezpośredni i na swój sposób przystępny.
Jeśli miałbym coś powiedzieć, znając na wylot Promo, o zbliżającym się albumie, to zaryzykowałbym dwa stwierdzenia - będzie to materiał wyjątkowo mroczny, może nawet na swój sposób mistyczny i najprawdopodobniej będzie zdecydowanie bardziej złożony niż ostatni LP. Myślę, że właśnie te ponure cienie, może demony, grają teraz w duszach członków zespołu, a zwłaszcza u Paula.
Parę lat temu, jeszcze przed ukazaniem się Hellspawn, otrzymałem od zespołu nagrania, jakieś demo utworów, które potem pojawiły się na płycie. Przeskok jakościowy i wykonawczy między tym materiałem roboczym a finalnym dziełem był znaczny, robił wrażenie. Efekt końcowy oczywiście był porażający. Znając więc w przybliżeniu ten proces i wybitny materiał zaprezentowany na Promo 2010 jestem spokojny o przyszłość Pandemonium. Wierzę, że Misantrophy będzie wyjątkowym albumem.
I tu prywatna prośba do zespołu, zanim jeszcze ukaże się album - nie każcie czekać na następne dzieło kolejnych czterech-pięć lat.

Śledźcie wieści na stronie zespołu.

sobota, 22 października 2011

X - Creation


Bardzo niewiele wiadomo o X, ale podaję dwa linki: myspace i jakieś purevolume.

Główną cechą tego materiału jest...tajemniczość. W swojej formie jawi się jako dość eklektyczny, trochę nieśmiały - tzn. debiutancki najprawdopodobniej. A tajemniczość, która spowija całość dotyka z pewnością jakichś ezoterycznych zainteresowań. Sam X określa to w następujący sposób:

The album is heavily influenced by philosophy and spirituality.

Nie będę bliżej wchodził w opis czy analizę. Cokolwiek. Zostawiam materiał taki, jaki jest. Polecam go i liczę po cichu, że X jeszcze z czymś się objawi. Bardziej dojrzałym z większym rozmachem, ale w podobnym klimacie. Może wtedy przybliży swoje filozoficzne ciągoty? Kto wie.


Tracklist:

01 genesis
02 lumen et ater
03 aeon
04 morphosis I
05 morphosos II
06 pneuma
07 VII
08 zenit
09 the seventh day
10 nadir

CREATION

piątek, 21 października 2011

koniec szampana

Od jutra zaczynamy z normalną robotą.
Dość już opierdalania się.

niedziela, 16 października 2011

Soinoise vol. 2: SIDS


Od paru dni na Soinseries dostępne jest już moje dziecko. Martwe dziecko. Jakkolwiek to brzmi. I o dziwo ma się dobrze. Żyję z niektórymi tymi piosenkami już od siedmiu miesięcy i jeszcze mnie nie męczą, więc wierzę, że to kawał poważnej muzyki, której warto poświęcić trochę czasu.

Nie będę nic pisać o procesie twórczym, śmiesznych historiach, które się wydarzyły podczas układania całości, itd. Kawał czasu żyłem z tym albumem i traktuję go bardzo osobiście. Na swój sposób odbieram go jako koncept. Ale chyba cały mój projekt ma taki kształt, nie?

Wszystko w tym wypadku krąży wokół dźwięków żywych i ich imitacji. Zależało mi, by pokazać jak najwięcej różnych form podejścia do problemu brzmienia, kompozycji i prezentacji dźwięku. Wydaje się, że cel ten został osiągnięty.

Największą zabawą było, oczywiście, ustalanie kolejności utworów. Były różne koncepcje i problemy. Nie będę wskazywał winowajców, ale od zawsze wiedziałem, jak będzie brzmieć początek, dwa pierwsze utwory. Opinie są takie, że jest to rozpoczęcie najbardziej słuszne z możliwych.

Pojawia się też dziwne odczucie, które podpowiada, że nie jest to typowa składanka. Przynajmniej taką mam nadzieję. Że osobowość zbieracza (dobre określenie), tzn. moja, pełni rolą dominującą na każdym etapie. Pewne wyjaśnienie - można pozbierać masę utworów, upakować je obok siebie i gdzieś zatracić przekaz swój, stać się anonimowy. A tu jednak zrobiłem sporo, by tak się nie stało. Np. ograniczając się (znowu) do jedenastu kompozycji, tworząc wyraźną całość (historię bliżej nieokreślonego człowieka, od cesarskiego cięcia), komentarze, etc.

Oddaję więc w wasze ręce te dźwięki. Mam nadzieję, że odkrycie w nich coś dla siebie, że będziecie do nich wracać i jednak będziecie ciekawi, jak zaprezentuje się trzecia część. Na pewno ujawni się szybciej niż za siedem miesięcy...



Tracklist:

01 Untitled Piece for Kantele #1 - Salakapakka Sound System
02 Flowers of Romance (PiL cover) - Pineal Eye
03 Przepis na Naleśniki - Social Cream
04 Bux - Gamid Group
05 Laughing Pig - Sense From Nonsense
06 Krimsun und Klover (Tommy James & The Shondell cover) - Count Brent von Himmel & the Ziopin Choir
07 Perpetual Motion Holder - Pythian Whispers
08 Kshatriya - Indo
09 Divine Times - Merkabah
10 Traffic - Limited Liability Sounds
11 Le Matin des Magiciens - The Day of the Antler


środa, 12 października 2011

soinoise vol. 2...




jeszcze parę godzin...



środa, 5 października 2011

wyjazd i diablo

Na parę dni uciekam. W końcu wyrwę się z tego miasta.

Zostawiam więc was pod opieką nowej maskotki albo kolejnego wcielenia...zła...
I wracamy już pewnie z kompilacją.

poniedziałek, 3 października 2011

ps znów na artrock.pl

Trochę to trwało.

Romans z innym portalem, bardziej tematycznie ukierunkowanym, okazał się niewypałem. Niestety. Sporo pracy w niego włożyłem, ale brak odzewu innych ludzi. I efekt taki, że od miesięcy nie napisałem stricte żadnej recenzji. A dla portalu, który padł...naprodukowałem ich sporo. Trochę zdrowia zostawiłem dla nich. Ha. Szkoda by się te teksty marnowały. Będę je więc stopniowo przerzucać na tzw. stare śmieci.

Po jednej, po dwie.
Trochę poprawię.
Tam będzie znikać.
Tu będzie się pojawiać.
I tyle.

Jest trochę smutno. Ale co zrobić.

Na początek ten tekst.

Witamy po...dwóch latach?

piątek, 30 września 2011

The Hospital - Autoerotic Asphyxia


Stary, dobry Erik Stanger. Pojawiał się już tu wielokrotnie i mam nadzieję, że w przyszłości nie będzie inaczej. Chociaż słuchając takiej muzyki nigdy nie wiadomo...

The Hospital, tę roczną odskocznię od Grammal Seizure, traktowałem zawsze z wielką sympatią. W porównaniu z GS główną różnicą było zwolnienie tempa, moim zdaniem bardziej dopracowany dźwięk i ogólna 'poetyckość' materiału. Przewierca człowieka aż miło, ale niekoniecznie rozrzuca wnętrzności po całej okolicy. Jest to bardzo subtelne granie i wyjątkowo złowrocie.

Aż posłużę się cytatem, bo dawno tego nie robiłem:

Potraficie sobie wyobrazić, jak to jest wiecznie płonąć? (...) Wiecznie, bez jednej chwili wytchnienia, cały czas cierpieć? Czy kiedyś próbowałyście na krótką chwilę przyłożyć zapałkę do palca? Pamiętacie tamto uczucie? To teraz wyobraźcie sobie taki ból w całym ciele, nigdy niekończący się, trwający wiecznie. Oczami wyobraźni przeniknijcie bramy piekieł i przyjrzyjcie się szalejącym płomieniom. Wyobraźcie sobie siebie pośród tych płomieni, szatanów i wzbudzających lęk cieni, wyobraźcie sobie tam wasze dusze, które trafiają do piekła, jeśli umrzecie w grzechu śmiertelnym!
L. Graves, Kobieta nieznana, przekł. B. Nawrot, Warszawa 2008, s. 124.

To nagranie trwające nieco ponad kwadrans jest wyśmienitą, reprezentatywną próbką grania The Hospital. Krążą gdzieś wokół niego duchy potępionych lub zwykłych ofiarach chorych ludzi. Wiadomo, inspiracje Erika sięgały tutaj różnych wynaturzeń objawiających się w historii ludzkości. W tym przypadku wszystko wokół cielesności. To zawsze nośny temat, a w zestawieniu z tą muzyką... Twarz ludzkości jest dziwnie zbrodnicza. Nieprzyjemna. Po prostu Zła.


Tracklist:

01 don't come in
02 suffocate
03 autoerotic 1
04 plastic bag
05 autoerotic 2

AUTOEROTIC ASPHYXIA

wtorek, 27 września 2011

Critical Theatre - Wyrd-War


Nie ma tu wielu wyjątkowych odnośników, zostanę więc przy myspace. I warto pamiętać, że pisałem już o tym zespole, na wysokości ich Psych Burn. Teraz pragnę przedstawić nieco wcześniejszy materiał...

Noise. Choć może nie do końca ortodoksyjny. Gdzieś z domieszką ambientu, droneu, czy nawet z pewnymi industrialnymi naleciałościami. Ale muzyka ta wyrasta z pewnością z idei czystego hałasu.
Jest mrocznie, schizofrenicznie i właściwie w niezbyt wygórowanym tempie. Czyli to, co lubię najbardziej. Utwory oparte (niekiedy) na chorym rytmie, wypuszczają z siebie dziwne dźwięki, które całkiem subtelnie wwiercają się w głowę słuchacza.
I albo mi odbija albo w tych dźwiękach zdarza mi się słyszeć jęki potępionych ludzi.

Nie mówię tego zbyt często, ale jest w tej muzyce coś demonicznego. Niepokojącego. Zespół nie potrzebuje ściany dźwięku i strasznych krzyków, by wzbudzić to dziwne uczucie u słuchacza. Osiąga to zupełnie innymi środkami.
I oczywiście wiedźmowy trans... Słucham i faktycznie widzę wiedźmy, stare, paskudne, koślawo tańczące nago wokół ogniska. Oczywiście, wszystkie odurzone wcześniejszym pocałunkiem złożonym pod ogonem samego szatana. Coś w tym stylu.

Bardzo, bardzo, bardzo dobry i klimatyczny materiał. Polecam wszystkim, którzy szukają pomysłu w muzyce, ale nie efekciarstwa. Klimatu. I swoistej namiętności wobec zła.


Tracklist:

01 rust and renewal
02 witch's trance raga part I
03 witch's trance raga part II
04 catLord
05 solsticeritual
06 lull
07 moloch, you cannot touch her

WYRD-WARD

sobota, 24 września 2011

Subterrestrial - We Live Inside


Czytajcie, a wiedza będzie wam dana: myspace, lastfm, soundcloud, archive... I oczywiście blogspot, gdzie znajdziecie sporo rzeczy, nie tylko muzykę tej grupy.

Kim jest zespół?
Subterrestrial is a dark ambient/experimental music project from the San Francisco Bay Area. Subterrestrial explores hollow earth and esoteric themes, unexplainable phenomenon and the mysteries of the universe using a variety of experimental musical styles as a vehicle. Subterrestrial has released a number of creative commons netaudio albums on various netlabels, as well as physical releases and compilation appearances.

Jaka jest idea tego albumu?
The second installment of Subterrestrial's series of hollow earth themed albums, "We Live Inside" is inspired by 19th century Utopian mystic Cyrus Reed Teed and his principle of "Cellular Cosmogony" or concave earth. Teed believed that the earth was not only hollow, but that we live on the inside surface. Subterrestrial channels atmospheric drone doom sounds for this outing.

Wszystko z grubsza jak powyżej. Subtererrestrial nie kłamał raczej. Dodałbym jeszcze, że całość poważnie nawiązuje do drone, ale tylko w sferze formalnej. Można też odnaleźć pewne nawiązania do innych gatunków. Ale duchowo jest to materiał, który wyrósł (chyba) na post-rocku, chociaż nie odczuwa się tego aż tak nachalnie. A, i oczywiście na progresywnym graniu.

Daje to wszystko ciekawą, alchemiczną mieszankę, która wciąga. Ta muzyka z pewnością ma to w sobie. Wydaje mi się, że zespół jest na tyle młody, że jeszcze nie ukazał w pełni swoich możliwości... Ale to kwestia czasu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze Subterrestrial może być liczącą się nazwą na scenie alternatywnej.
Z pewnością jeszcze o nich napiszę.


Tracklist:

01 the cellular cosmogony
02 seven mercurial disks
03 the 24 year cycle
04 in the hollow of his hand
05 a gently oscillating ocean of magnetic and spiritual ecstasy
06 invisible sun
07 beyond the 17 layers, a void

WE LIVE INSIDE

piątek, 23 września 2011

aspirin














Why?

wtorek, 20 września 2011

Antireality - Transparent Time Trailz


Krótko - strona domowa, lastfm. Styknie.

Kolejny noiseowo-eksperymentalny pomiot, którego słucha się z przyjemnością.

Zespół ułatwił mi sprawę, więc mogę to wkleić:

antireality is transpersonal sound experience – fulfilling an intermission between ‘alpha’ and ‘omega’, ‘here and now’. improvised sound abstractions of noise are symbolizing expression of free will, which can go far beyond general conventional musical forms, excluding determinism, fatality. noise here means absolute deconstruction of musical motives, division in primary elements, break-down of common notion – thus facilitating access to unawareness, shapeless content – procreation of ‘nothingness’ manifestation in us ourselves.

Kto już trochę zna tego bloga, znajdzie z pewnością w powyższej wypowiedzi słowa, które oddają mój stosunek do muzyki lub moich własnych muzycznych poszukiwań.
Te trzy suity (każda ponad 10 minut) wykazują niesamowite zrównoważenie i wielkie bogactwo treści. Aby to zrozumieć (tzn. przedrzeć się przez z pozoru jednostajne piszczenie), trzeba jednak być na odpowiednim poziomie osłuchania noisem. Słychać, że nie są to debiutanci i że za tymi dźwiękami kryje się techniczna sprawność i pomysł.
Na swój sposób jest to wyjątkowo wyrafinowany materiał.

Na pewno napiszę jeszcze o Antireality.


Tracklist:

01 transparent
02 time
03 trailz

TRANSPARENT TIME TRAILZ

niedziela, 18 września 2011

Indo - Running Program From Earth


Garść różnych stron, które przybliżą nam tę enigmatyczną postać: myspace, soundcloud i...domowa.

Dotykając tego materiału, jak wskazuje tytuł, należy odkryć w sobie pokłady sympatii dla matki ziemi. Tak, tej ziemi, z której wyrastamy i która nas żywi. Oczywiście, człowiek myśląc o naturze wyobraża sobie drzewa, krzaczki, kwiatki i ptaszki, które sobie niefrasobliwie 'ćwierdolą'. Wszelkie idee ratowania naszej planety oparte są właśnie na tych ładnych, zielonych i niebieskich widoczkach, a nie robakach, które ugrzęzły dawno temu pod ziemią.

Do rzeczy.
Ten album to różne formy hołdów złożonych naturze. Całość ma wysoce podejrzaną konstrukcję (pierwszy utwór ponad 20 minut, reszta nieco krótsza, ale też robi wrażenie). To nieco nieortodoksyjne podejście do tematu w mojej ocenie niczemu nie przeszkadza. Gdzieś w umyśle słuchacza uzupełnia się i... W ogóle czas przestaje istnieć. To chyba największa zaleta, jaką można zaprezentować na temat jakiejkolwiek muzyki.

Próbując gatunkowo jakoś określić to nagranie, pójdę na łatwiznę i wkleję, co podał twórca w pliku informacyjnym: ambient, ethnic, tribal, drone.
Co ciekawe, oddając się tym dźwiękom w ogóle nie myślę o konkretnym gatunku. Chcę się oddać dźwiękom, które ukazują autorską wizję natury i sposobu na jej kochanie.


Traclist:

01 running program from earth 01
02 running program from earth 02
03 running program from earth 03
04 running program from earth 04
05 running program from earth 05
06 running program from earth 06

RUNNING PROGRAM FROM EARTH

sobota, 17 września 2011

'vol. 2' coraz bliżej

Wszystko wskazuje na to, że już za miesiąc ukaże się druga odsłona składanek Soinoise...

Co tu jeszcze dodać?

Kawał ciężkiej roboty został odwalony.
Trzynastego października powinno to ujrzeć światło dzienne.
Osoby o słabszych nerwach lepiej niech nie czekają.

Tyle.
Salud.

czwartek, 15 września 2011

Salakapakka Sound System - Drunk for Three Weeks


Pijaństwo, alkoholizm, nieumiarkowanie w piciu, żłopanie... Pospolite chlanie.
Jeśli ktoś nie zna tych dziwnych stanów (ciągów), to nie wiem, po co czyta te słowa.

Picie nie jest zawsze wesołą czynnością. Można nucić idąc do baru, śmiać się, być w ogólnie dobrej kondycji psycho-fizycznej. Jednak w pewnym momencie to picie zamienia się w wyniszczający rytuał. Dźwięki, które na początku w naszej głowie uważaliśmy za ciekawe melodie i układały się w przyjazne fanaberie, zamieniają się w dość wyniszczający hałas, zgrzyt, jazgot, buczenie - zależy od aktualnego położenia głowy.

Pewną formą tego upojenia jest właśnie ten mini-album SSS. Chociaż w nim rytuał upajania się przybiera dziwną formę konkursu, w przerwach którego należy ogarnąć walące się wszędzie butelki. Ta niezbyt przyjemna czynność oddziaływuje negatywnie na umysł pijącego. Zapobiec można temu tylko dalej pijąc... Człowiek jednak już nie jest taki sam.
Ostatni tydzień to absolutna dezintegracja osoby. Jakby każdy element składowy człowieka odpadał w inną stronę.

Najbardziej przerażającą rzeczą w tym albumie jest... Jego dostępność. Można wpaść w ciąg (zug) i już z niego nie wyjść. W tej muzycznej perspektywie wydaje się to w końcu cholernie przyjemne.


Tracklist:

01 first week
02 second week
03 third week
04 the end

DRUNK FOR THREE WEEKS

środa, 14 września 2011

fb

Ciężko mi wejść w konkretny rytm. Wakacje i inne sprawy nieco wpływają na te dłuższe przestoje. I ciągle o czymś zapominam... Tak czy inaczej...
Nieważne.

Trzeba wspomnieć o tym, że soinoise objawiło się na fb.
Zajrzyjcie i bądźcie przerażeni.


Kolejne moje 'widzimisie'. Nie jest lekko.
Zapraszam.

czwartek, 8 września 2011

Count Brent von Himmel & the Ziopin Choir - Ye Owned Thait Hull World


Kolejna odsłona spod znaku Counta Brenta. I można rzec, że tradycyjnie jestem zachwycony.

Tym razem paranoiczna orkiestra w dużej mierze prowadzi nas po obszarach kompozycji potencjalnych. Przynajmniej tak to na chwilę obecną nazywam.
Album ten składa się ze znacznej liczby przerywników - chociaż w pewnym momencie granica między 'przeszkadzajką' a właściwym utworem ulega zamazaniu.

Całość wydaje się 'wznosić', a tym punktem szczytowym jest przecudowny, marszowy 'that wind we were in' (rzadko wyróżniam pojedyncze utwory, ale nie mogłem się tu oprzeć). Jest to prawdziwa perełka tej płyty. Zresztą Count już przyzwyczaił słuchaczy, że wśród bardzo równych i ciekawych kompozycji jedna musi się znacznie wybijać.

Gdy słucham tych dźwięków, przypominam sobie słowa hiszpańskiego metafizyka-egzystencjalisty (chrześcijańskiego), który nazywał się Miguel de Unamuno:

Centralnym elementem naszej osoby jest poczucie tragiczności.

I Count z pewnością to czuje. A my mamy okazję usłyszeć.


Tracklist:

01 gyanánt
02 óta
03 alattam
04 the wavy parade
05 túl
06 that wind we were in
07 körül
08 dzsungel bunsz
09 belül
10 keresztül
11 as for the animals

YE OWNED THAIT HULL WORLD

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

czwartek, 25 sierpnia 2011

# 05 - LLS

Dobrze się dzieje, kiedy można taką rzecz wrzucić do odtwarzacza. Bardzo mnie ucieszyła przesyłka i od paru dni relaksuję się przy tych dźwiękach. O albumie pisałem już wcześniej. Podtrzymuję moją pozytywną ocenę i tylko przypomnę jeszcze, że materiał słuchany z płytki zawsze brzmi jakoś...dostojniej.
Minus Clangor jest mrocznym dziełem, który prześlizguje się między różnymi kategoriami muzycznymi. Ciężko tak naprawdę jednoznacznie stwierdzić, z czym mamy do czynienia. Ale fakt ten dodaje tylko pikanterii. Wszystko na tej płycie dzieje się gdzieś w ramach noiseu, ambientu i tzw. muzyki eksperymentalnej, w której pochodzenie (i wykorzystanie) niektórych dźwięków może przyjemnie zaskoczyć. Różnorodność utworów i dekonstrukcja dźwięków zostały zaprezentowane w wyjątkowo zmyślnie. Widać, że jest to materiał głęboko przemyślany i na swój sposób natchniony.

Zajrzyjcie na stronę Nihil Art Rec. I dalej poszukajcie LLS.
Zamówcie koniecznie.
Nie krępujcie się. Dokonać tego możecie TU.

piątek, 19 sierpnia 2011

Kajkyt - Krst


Tradycyjnie garść linków: myspace, discogs, soundcloud, lastfm i zdaje się, że strona domowa.

Lubię swoisty mistycyzm w muzyce. Nawet jeśli pochodzi z Bo... Z okolic wybuchowych Bałkanów. Wolę nie precyzować, bo tam nie wszyscy się lubią, nie wiem już, jak przechodzą granice. Jeszcze się pomylę i obrażę Slobodana Kajkuta. A tego nie chcę.

Ten album to...cztery długie (ok. 20 minut, prócz ostatniej, ok. 10 minut) kompozycje, które powolnie wprowadzają słuchacza w pokrętny świat ich autora. Swoiste buczenie, które 'rodzi się' w pierwszej części, będzie nam towarzyszyć do końca albumu. To transowo-dronow0-ambientowe tło jest podstawą wszelkich działań twórczych. Od różnych improwizacji dźwiękowych, po bardziej zrytmizowane granie (nawet melodyjne) z dość ponurą (lekko rozmytą) partią wokalu. Mam tu na myśli drugą część - chyba moją ulubioną. Przyjemnie buja. Trzecia odsłona przybliża nas do okolic noiseu i innych wybuchów dźwiękowych, które nieco nam przysłaniają naszego przewodnika duchowego (wspomaganego sekcją rytmiczną), lecz pozostaje on wciąż wyczuwalny.
A czwarta część... Sami zobaczycie.

Oddajmy na chwilę głos samemu twórcy, który z grubsza potwierdzi, co ja już wymodziłem:

Krst is a piece of electronic music composed between 2004. and 2009. and marks beginning of using name Kajkyt. It combines dark ambient music with heavy beats, combining with sort of byzantine chant, which is one of the primary interest of his musical development. It also combines noise elements with contemporary composing techniques. Krst is also a live piece which, due to monumentality, is to be played at big venues, such as churches or big halls.

Slobodan, jeśli dobrze wypatrzyłem, ma jakieś wykształcenie muzyczne. Na razie niewiele opublikował, ale z pewnością do niego wrócę. I przyjrzę mu się bliżej. Twierdzi, że każdy jego materiał jest inny. A ja lubię, kiedy ktoś nie zamyka się w określonych schematach.
Niedługo 'obadam' tegoroczne remiksy, które powstały na bazie poniższych dźwięków.

Pozostaje polecić i życzyć miłej podróży.


Tracklist:

01 part 1
02 part 2
03 part 3
04 part 4

KRST

czwartek, 18 sierpnia 2011

Guillem Morales

Robi się filmowo... Ale już-już niedługo więcej muzyki będzie. Obiecuję. Wakacje to taki chujowy okres po prostu.


Jak w tytule - Guillem Morales. I nieco jak w przypadku poprzedniego postu. Tym razem filmik mniej żartobliwy, a bardziej...erotyczny. Bardzo miła rzecz dla oka.



Mas!
Ale dokładnie w tym stylu, a nie tych pełnometrażowych boleści...

niedziela, 14 sierpnia 2011

Nacho Vigalondo

Muzyczno-komediowo-dramatyczny debiut z 2003 (być może) ciekawego reżysera hiszpańskiego.
Będziemy go obserwować.








Już jest po pełnometrażowym filmie...

piątek, 12 sierpnia 2011

MatthewVlach. - Reinvention


Nie podaję żadnych namiarów, trochę z zemsty. Oczywiście, cała sympatia zachowana. Dlaczego z zemsty? Pod koniec wyjaśnię.

MathewVlach. to wokalista jakiegoś gitarowego, głośnego, skocznego zespołu gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Na tyle skocznego i typowego, że raczej nie wchodzi on w ramy tego bloga. Trzeba dodać, że to też człowiek bardzo, bardzo młody.
Jeśli dobrze pamiętam ten materiał jest jego drugim solowym wydawnictwem. Może do pierwszego kiedyś wrócę.

Jest to prosta przyjemna muzyka. Gitara akustyczna i trochę śpiewu. W jednym miejscu trochę pianinka. Utwory króciutkie. Przyjemny odpoczynek po ciężkich dźwiękach, które często się tu przewijają. Jednocześnie jest to w jakiś sposób podejrzanie świeże. I pod koniec robi się nawet-nawet ciekawie. Może trza było to bardziej pociągnąć... Bardziej poszaleć. Wyjść z tej konwencji. Pamiętam, co sam kiedyś wyczyniałem z samą gitarą akustyczną... Stare dzieje.
Może stąd ta moja sympatia do tego materiału?

Wielkich rewolucji nie ma. I być nie mogło. Ale czy to zarzut, jeśli na chwilę można powspominać i się uśmiechnąć? Liczę, że to się ładnie rozwinie.

A zły jestem, bo próbowałem nawiązać kontakt z panem Matthew i niespecjalnie mi się to udało. Namierzyłem go w sieci i jego właściwą kapelę, ale ukrywają się tak, jakby byli już wielkimi gwiazdami. No, ale trzeba się cenić. Ha, i szanować.


Trakclist:

01 a proper introduction
02 i find it hard to say
03 such small hands.
04 so cliche
05 reinvention
06 if i died right now-

REINVENTION

wtorek, 9 sierpnia 2011

ss

...sserts

sobota, 6 sierpnia 2011

flamenco flamenco






















soon...in poland...
(...)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Areyfu - Penitence I


Może na początek odnośnik do strony projektu na wordpressie, bandcamp, lastfm... To dopiero początku, więc nie znajdziecie tam na razie zbyt wiele. Na razie.

Kiedy słucham tego materiału, w mojej wyobraźni pojawia się podejrzana machina chirurgiczna, taka do wykonywania najbardziej precyzyjnych cięć, itd. Oczywiście maszyna ta wymknęła się spod kontroli i robi pierwszorzędną rzeź we flakach niewinnego pacjenta. A doktor tylko patrzy na monitor, macha dżojstikami i przerażony jest tym, co właśnie się dzieje. Trochę krewi na ścianach. Narządy porozrzucane po całym pomieszczeniu... I jeszcze krzyk odbijający się echem.
Mniej-więcej taka wizja.

Całość trwa... Wyjątkowo krótko. Nawet nie kwadrans. Utwory nie dochodzą do dwóch minut, no, prócz jednego. Za to są wyjątkowo mięsiste, konkretne i nie dają wytchnąć słuchaczowi. W takim układzie właściwie wchłania się to od początku do końca, bez faworyzowania jakiejkolwiek partii.
Taka forma osobiście bardzo mi odpowiada.

i've lost all direction.
this compass only shows me penitence every where i go it haunts me it

follows me like the shadow i thought i never had

Słychać świeżość, jest pomysł na siebie. Plus opętańcze krzyki miejscami.
Jestem bardzo ciekaw kolejnej części. Z pewnością tutaj o niej napiszę.


Tracklist:

01 numbness
02 shielding
03 bitterness
04 ~
05 ~~
06 ~~~
07 flawless
08 ~~~~
09 broken
10 emptiness

PENITENCE I

niedziela, 31 lipca 2011

Clara Engel


Napisała.
Ja w pocie czoła odpowiedziałem najlepiej i najdostojniej, jak tylko potrafiłem.
I milczy.
Nie ma. Nie wiem. Może w ogóle już jej nie ma?
Co mogę zrobić?


A tak poważnie - Clara Engel.
Słuchajcie i podziwiajcie, bo dziewczyna jest naprawdę wspaniała.
Całkowicie się jej oddałem i skłonny jestem choćby zaraz jechać do Kanady i się z nią ożenić.
Mówię całkowicie poważnie.

Aktualnie prześladujący mnie utwór - blind me.
I okrojone niestety live, które odsłania ciężkie emocje.
Szukajcie, szukajcie, gdyż naprawdę wiele ma tych perełek.


czwartek, 28 lipca 2011

wiara

Widzimy więc, jak zbawienna jest rola wiary. Ale powie ktoś: Jest rzeczą niemądrą wierzyć w to czego się nie widzi.
Odpowiem tak: Nasz umysł jest niedoskonały. Gdyby człowiek mógł sam w pełni poznać wszystko, co podlega zmysłom i co nie podlega, byłoby oczywiście rzeczą głupią wierzyć w to, czego się nie widzi. Niestety nasze poznanie jest... niedoskonałe... Jeśli więc nasz umysł jest tak ograniczony, czy jest sensowną rzeczą poprzestać tylko na tym, co człowiek potrafi poznać własnymi siłami i nie dawać wiary Bogu?
Można odpowiedzieć jeszcze inaczej. Załóżmy, że jakiś uczony wypowiedział się na temat związany z jego wiedzą. Usłyszał to jakiś prostak i powiedział: To nie jest tak, jak on mówi, bo ja tego nie rozumiem. Czy nie będziemy mieli racji, nazywając takiego człowieka głupcem?
Po trzecie... Gdyby człowiek chciał wierzyć w tylko to, co sam pozna, życie na tym świecie byłoby nieznośne. Bo jak można żyć nie wierząc innym? Chociażby w to, że ten właśnie człowiek jest moim ojcem...
Bóg daje dowody, że to czego uczy wiara, jest prawdziwe.... Chrystus potwierdził (cudami) nauczanie Apostołów i świętych.
Ale powiesz, że my teraz cudów nie oglądamy....
... przecież teraz ogromna masa ludzi wierzy w Chrystusa. I to nieraz ludzi mądrych, szlachetnych, mających wielkie znaczenie. A stało się to na skutek działalności apostolskiej prostych i ubogich kaznodziejów. Jeśli to się stało w sposób cudowny, masz odpowiedź na pytanie. Jeśli nie – to nawrócenie się świata bez cudu, jest chyba jeszcze większym cudem...
Wypływa stąd wniosek, że nie powinniśmy wątpić w sensowność wiary...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Gird_09 & Friends - Assraping a Nun


Letnie miesiące są dość podłym okresem na poznawanie nowych rzeczy. Przede wszystkim dziwnych rzeczy, ale co zrobić... Trza słuchać dalej. I trochę się ochłodzić... Zimno z północy powinno temu pomóc. Co ja pieprzę, przecież tu pizga ciągle. Żadnego porządnego lata jeszcze nie było w tym roku. Cholera. Do rzeczy.

Przedstawiam projekt Gird_09, którego lubię i szanuję, i do którego od dłuższego czasu się przymierzam. Już dawno temu miał się zacząć pojawiać na tym blogu, ale ciągle coś mnie odrywa... Może to wreszcie upragniony przełom?

Jeden utwór spreparowany przez wyżej wspomnianego twórcę, utwór o dosadnym tytule, utwór wyjątkowo tłusty i smakowity. Oraz osiem remiksów spreparowanych przez mniej lub bardziej znane osobistości. W tym rozpoznawalna szerzej, też za sprawą mojej skromnej działalności, Batcheeba.

Materiał tu zawarty jest wyśmienity. Mroczny.

Jest też druga okładka, dla osób, które poczują przyjemny dreszczyk emocji przy tym tytule. Ten drugi obraz jest... dosłowny.

Polecam.


Tracklist:

01 assraping a nun (gird_09)
02 postmortem felch mix (hive mind drones)
03 ratzinger radio edit - christi in absentia (kultur terror)
04 i spit on your grave mix) (sweetmeat)
05 raped by no one (batcheeba)
06 remix (larry kerr)
07 on a bed of nails causes ligament damage remix (epilektrician)
08 cold distance mix (frostwinter)
09 ghost of mercy mix (grave knave)

ASSRAPING A NUN

piątek, 22 lipca 2011

sotona






















Już niestety nie pamiętam, skąd mam to zdjęcie.
Hoduję nadzieję, że nikt nie będzie miał pretensji.
O dziwo wprawia mnie ono ogólnie w dobry nastrój.
A od dawna nie było tu żadnych tego typu rzeczy.

środa, 20 lipca 2011

no puedo...

(...)

piątek, 15 lipca 2011

Canine Court One - The Triumph Of The Laser Eyed Caesar


Na początek garść odnośników, w których akurat niewiele jest: discogs, lastfm i... tyle. Dziwne. Albo moje (i mojej przeglądarki) zdolności przymierają w okresie wakacyjnym.
Też możliwe.

Pójdę na łatwiznę i skopiuję tekst z lasta:

Projekt dwóch muzyków z Finlandii i Belgii. Muzyka jaką reprezentuje Canine Court One jest syntezą Depresyjnego Black Metal’u, dużej ilości Noise’u oraz Dark Ambientu. Zespół wydał do tej pory jeden album zatytułowany The Triumph Of The Laser Eyed Caesar z 2011 roku, który został wydany w 40 limitowanych kopiach

Trzeba przyznać, że jest to materiał szaleńczy, opętańczy i w pełnym wymiarze tylko dla zaawansowanych. Duszna atmosfera, trudne do pogodzenia ze sobą dźwięki i krzyki pochodzące jakby z najczarniejszego dna Skandynawii... Te elementy (i jeszcze tam jakieś) dają bardzo ciekawą mieszankę, którą trudno jednoznacznie zdiagnozować.
Brud, syf, hałas, wkurwienie, śmieci, wymioty, szatan, wiertarka... - pojedyncze skojarzenia, które przychodzą mi do głowy.

Materiał ekstremalny. Spora część po pierwszych dźwiękach od razu go odrzuci jako niedasiętegosłuchać...
Ale właśnie o to chodzi. Nie?


Tracklist:

01 to the rainbow castle
02 the constant pain hymn
03 lucifer blitzkrieg
04 it's raining teeth
05 baptized in urine
06 wasteworld
07 dried up corpses used as scarecrows
08 cyborg funeral
09 sleeping problems

THE TRIUMPH OF THE LASER EYED CAESAR

środa, 13 lipca 2011

Buñuel y la mesa del rey Salomón

- Perdone, me podría informar... Hay putas en Toledo?
- Caballero, en Toledo no hay putas.

wtorek, 12 lipca 2011

flaga

Skoro już mowa o zbawczym wpływie noiseu na człowieka i gdy w końcu odważyłem się postawić (?) znak równości między tą muzyką a seksem, należy jeszcze zapodać odpowiednią flagę... Mam nadzieję, że wtajemniczeni przyklasną. Przynajmniej na sekundę.
Sztandar coś tam:










Si.
Muy bien.

sobota, 9 lipca 2011

Whitewater Orgasm - Noisexual


Ten album, a właściwie epka, to dobra okazja, by wyjaśnić sobie w końcu parę rzeczy wokół noiseu.

Noise jest orgazmem. Noise omija powierzchowną przyjemność, by dotrzeć do czegoś o wiele głębiej. Noise kształtuje człowieka. Noise jest też pewnego rodzaju religią i sposobem życia.
(Może w przyszłości rozwinę tę kwestię.)

Przedstawiam (kolejny) fiński zespół. Zaczynam się przekonywać do tego kraju muzycznie.
Jest wszystko to, co w (nieco rozmytym) noise najlepsza i do tego opętańcze krzyki, które wydają się być znakiem rozpoznawczym tej kapeli. Ogólnie te krzyki to forma przeżywania przyjemności dla wyznawców tego typu muzyki.
Kiedyś było takie hasło: industrial music for industrial people (lub jakoś tak), dziś chciałoby się powiedzieć noise music for...

Noisexual - naprawdę dobre określenie. Aż jestem zły, że to nie ja na nie wpadłem...

Z pewnością w przyszłości wrócę jeszcze do tego zespołu i jego filozofii tworzenia muzyki.


Tracklist:

01 sumerian dark green ejaculations
02 ink flowing out from the wounds in my eyelids
03 everyone around me are the surroundings
04 the feeling is mutual

NOISESEXUAL

środa, 6 lipca 2011

deszczowe narzędzie

Przy takiej pogodzie tylko jedno przychodzi mi do głowy:


Learn to swim.

Cuz I'm praying for rain
And I'm praying for tidal waves
I wanna see the ground give way.
I wanna watch it all go down.
Mom please flush it all away.
I wanna watch it go right in and down.
I wanna watch it go right in.
Watch you flush it all away.



.TU.

niedziela, 3 lipca 2011

Count Brent von Himmel & the Ziopin Choir - Kim The Shark


Świeża rzecz ze strony Counta Brenta.

Ten pan już wielokrotnie pojawiał się tutaj.
Nietrudno go odnaleźć w innej odsłonie.

Od pierwszych dźwięków słychać, z kim mamy do czynienia. Kolejny bal rozpoczęty przez nie do końca normalną orkiestrę, składającą się z samych schizofreników, której dyrygent...najprawdopodobniej nie żyje. Przynajmniej tak mi się wydaje. Może muzycy widzą go w formie ducha? To byłoby całkiem niezłe.
O gościach balu już nie wspomnę...

Właściwie cały ten album jest jakby balem w pigułce. Wpierw rozszalała orkiestra. Potem chwila przerwy, podczas której muzycy jedzą, a niekoniecznie znający się na muzyce ludzie dotykają instrumentów. Klasyczny, upiorny i konieczny marsz (tytułowy utwór - ważny gdyż Brent podobno zawsze gra go na koncertach). Następnie szaleństwo i nieprzyzwoite przyśpiewki, a w końcu głęboko alkoholizowana agonia. Mniej-więcej w uproszczeniu sugeruję taką interpretację tej imprezy.
Przepraszam, balu.


Tracklist:

01 cewe ienkele wecho
02 ünneplőbe öltözik
03 kim the shark
04 i shall have a merry day
05 jembasengo

KIM THE SHARK

czwartek, 30 czerwca 2011

antyczne zamieszki w grecji

Muszę szczerze przyznać, że z pewną sympatią przyglądam się nieszczęsnym zamieszkom w Grecji. Nie popieram ich, uważam, że są niewłaściwie ukierunkowane. Albo to media tak podają wszystko... Średnio mnie obchodzi, co się stanie z Grecją, jakie są jej dalsze losy. Byleby nie pociągnęła za sobą innych państw. No, ale nie będę tu pieprzył o polityce i tym podobnych...

Chciałem raczej zwrócić uwagę na to, co się dzieje na ulicach i z czym to się może kojarzyć. Tzn. jest to oczywiste chyba... Przynajmniej dla mnie. Wydaje się, że Grecy w wyjątkowo ekspresyjny sposób rzucają racami, kamieniami, kijami, co tam mają pod ręką, w policję. Ja wiem, że wybiera się zdjęcia z bardziej wyrazistymi i emocjonalnymi pozami. Pewnie. Widziałem fotografie ludzi lejących się w różnych częściach świata i w tym konkretnym przypadku wydaje mi się, że mamy do czynienia z czymś nieco odmiennym, na swój sposób zabawnym. W tej ekspresji jest coś antycznego, ale nie usilnie, tylko tak... Mimochodem. Jak ktoś się wychował od małego wśród rzeźb czy malowideł dawnych olimpijczyków, itd., to potem na starość... Wiadomo.

Szkoda gadać.

wtorek, 28 czerwca 2011

Swim Ignorant Fire - Haircuts


Na początek parę odnośników: myspace, blogspot, bandcamp i... facebook. Tyle starczy.

Przypominam, że było o nich niedawno tu.
I wierzę, że jeszcze nieraz się pojawią.

Ujął mnie ten zespół. Naprawdę. Mam wrażenie, że mogliby wszystko umieścić w swojej muzyce i w całości sprawdzałoby się to. Nic nie wydawałoby się nie na swoim miejscu. To z pewnością jakiś dar.
Mogą zrobić piskliwo-skrzypiący kawałek elektroniczny, a chwilę później zaprezentować okołoakustyczną wstawkę i...nie ma prawa to dziwić. W końcu wychodzi się to z jednej filozofii muzycznej.

Niech za jakiś muzyczny drogowskaz robią te wyrazy: Ben Frost, Fennesz, Grouper, Tim Hecker, Unwound. I Jung. Carl Jung.

Ten album jest więc swoistym koktailem... Albo drinkiem. Podobno wsadza się do niektórych cebulkę. Nie wiem, kto na to wpadł, ale skoro tyle osób to chwali - znaczy coś zadziałało. Podobnie jest w tym przypadku. Słucham raz za razem Haircuts i wciąż z przyjemnością zaczynam od nowa. Swoista surowość tych dźwięków ma w sobie coś...poetyckiego.

Kolejni szaleńcy z Chicago do kolekcji.


Tracklist:

01 seeds on a sunday wedding
02 marc ribot can kiss my furry ass!
03 come to pop pop
04 i got just got shot in the love handle
05 take something with you
06 gpa wont stop being epic
07 the fall of leaves
08 let you down
09 i'm all better
10 new dress

HAIRCUTS